We Wish You A Merry Christmas


Link 18.01.2010 :: 01:14 Komentuj (0)
W tym roku postanowilem nie wysylac tysiaca zyczen swiatecznych w e-mailach, sms-ach i innego typu wiadmosciach. Bunt! W tym roku wpadlem na pomysl zrobienia krotkiego klipu z zyczeniami, dla wszystkich tych ktorzy maja dostep do interneru. Niezaleznie od tego czy sa to znajomi w Polsce czy Australii, kazdy widziec i slyszec bedzie to samo. I czy odebrane to bedzie za przejaw kreatywnosci czy moze pojscia na latwizne, nie dbam o to. Majac tak wielu znajomych i niezywkle rozlegla rodzine, nie sposob do kazdego z osobna wyslac zyczen. No chyba ze sie nie pracuje na miesiac przed swietami, ale w tym roku znow ten komfort nie przytrafil mi sie.

Konczac temat zyczen, dodac moge tylko jedno; zapraszam do sprawdzenia klipu w ponizszym linku:

http://www.youtube.com/watch?v=rWyzlrRtuTU



Podsumowanie 3


Link 01.09.2009 :: 15:37 Komentuj (1)
1-szego wrzesnia, dokladnie dwa lata temu wyladowalem na lotnisku w Sydney. Wszyscy ostrzegali, ze jak wpadne w tutejszy kierat praca-szkola-dom, to czas mi uplynie blyskawicznie. Faktycznie. Czasami nawet nie mam czasu sie zastanowic. Z drugiej strony gdy przegladam zdjecia z naszych pierwszych tygodni, to mam swiadomosc ze byly to bardzo odlegle czasy. Kazdy spacer po ulicach Sydney byl procesja zachwytu. Tyle bylo do odkrycia, zobaczenia. Nie potrzebowalem duzo czasu zeby sie oswoic. Wszystkie opowiesci o "przestawieniu sie" na tryb australijski, od samego poczatku wydawaly mi sie mityczne, gdyz niemal od razu czulem sie tu jak u siebie. Pomimo, ze jestem tu "dopiero" dwa lata i wcale nie jestem blizej rezydentury niz wtedy, to jednak przejawiam do Sydney wielki sentyment, cos na ksztalt patriotyzmu lokalnego. Od urodzenia do 30 roku zycia mieszkalem w Lodzi. Teraz moim miastem jest Sydney. I choc samo miasto nie wzbudza juz we mnie zaskoczenia, to wciaz cieszy i ani troche nie nuzy.

1-szego wrzesnia, dokladnie dwa lata temu wyladowalem tu z obietnica lepszego jutra. Lepszego dla siebie i dla swojej nazeczonej. Czas ten przeanalizowac mozna na rozne sposoby. Niewatpliwie sa dwie strony, jednak w zaleznosci od perspektywy, moze byc wiecej plusow lub minusow. Wole jednak przychylic sie ku bardziej optymistycznej analizie. Jestem w pieknym kraju, w ktorym moge hasac przez 9 miesiecy w szortach (a kto mnie zna, wie jakie to dla mnie istotne), bo pogoda zazwyczaj rozpieszcza. Miasto oferuje mi caly swoj wielkomiejski anturaz, ktory tak cenie, plus setki innych rzeczy, ktorych pozbawiony bylem mieszkajac w Lodzi. W zasiegu od kilku do kilkudziesieciu kilometrow mam do dyspozycji okolo 70 plaz. Mam tu tez swoja mala tworcza oaze w postaci studia Watermark, do ktorego czesto przychodze zglebiac tajniki ilustracji.

Niektorym pewnie przychodzi do glowy, ze sie marnuje pracujac tu jako cleaner. Rzeczywiscie latwo o taki osad. Sam czasem dziwie sie samemu sobie. Ale przeciez nie od razu Rzym zbudowano. Wielu imigrantow, ktorzy teraz moga o sobie powiedziec, ze sa "ustawieni", tez zaczynalo od sciery, mlotka lub pedzla. Oczywiscie to frustruje, zwlaszcza absolwentow uczelni, ale taka jest naturalna kolej rzeczy. Poza tym jest to najprostszy sposob by nabrac szacunku do pracy, pieniadza i by nauczyc sie samodzielnosci. Jasne, pracuje ze sciera juz poltora roku, ale dzieki temu moge oplacic rachunki, wiec to nie moze byc nic zlego. Gdy jeszcze pracowalem troche na budowach, zafundowalem sobie wakacje zycia w postaci podrozy statkiem po wyspach Pacyfiku. Nie przymieram glodem, ciuchow mam wiecej niz potrzebuje, chodze na koncerty, do kina, a czasem do restauracji. I choc nie mam oszczednosci, to daje rade. Zadacie pytanie "a gdzie Twoja ambicja Pawle?" Spokojnie. Moja ambicja ma sie dobrze. Dzieki niej stalem sie ilustratorem freelancer'em. Dzieki niej ciagle rozwijam sie w fachu, zdobywam doswiadczenia i co troche nowe zlecenia. Dzieki niej zasililem szeregi preznie dzialajacej australijskiej agencji ilustratorow Jacky Winter Group. Czy sa jeszcze jakies watpliwosci odnosnie mojej ambicji?

A co z Sylwia? Po powrocie Sylwii z wakacji, nasze drogi znow sie spotkaly. Lecz tym razem bylo troche inaczej niz przez ostatnie pol roku wypelnionego cieprieniem. Miedzy nami bylo jakos cieplej, milej i przyjazniej. Ta niejasna sytuacja wymusila pytania "co dalej?", "w ktora strone?". Jednak echem tych pytan nie byly odpowiedzi, lecz wahania. Uczucie przeciwko rozsadkowi. Porzadanie kontra honor. Ale nie moglismy dluzej zyc w tej matnii, wiec... nastapilo definitywne rozstanie. Okazalo sie ze bylo ono tak bolesnie i placzliwie romantyczne, ze odnioslo przeciwny rezonans do zamierzonego. Juz na nastepny dzien, 29 lipca, Sylwia wrocila do mnie. Minal miesiac odkad znow jestesmy razem. Znow jest wspaniale. Zeby nie bylo ze przesladzam, dodam ze klotnie tez bywaja. Zwiazek pelna geba. W kazdym razie uczucie kwitnie i obiecalismy sobie postarac sie nie dac mu sie ulotnic. Ja wiem, wiem, odgrzewane kotlety, dwa razy do tej samej rzeki, bla bla bla... Ale zakladajac ze czlowiek uczy sie na bledach, prawdziwym bledem byloby nie sporobowac. Powrot byl przemyslana decyzji Sylwii. Oboje jestesmy dorosli i oboje tego chcielismy. Kazdy z nas postawil swoje warunki, ktore musimy respektowac. Czas pokaze gdzie nas to zaprowadzi. Ci ktorzy sam nam zyczliwi, nich zycza nam szczescia. Ci ktorzy woleliby by jedno z nas szlag trafil... niech zaparza sobie herbatke z fusow i ida posluchac Ojca Rydzyka.

1-szego wrzesnia, dokladnie 63 lata temu narodzil sie ktos dla mnie szczegolny. Ktos to 32 lata pozniej dal poczatek mojemu istnieniu (oczywiscie przy rownorzednym wkladzie mojej Mamy). Wszystkiego co najlepsze dla mojego Taty! Happy Birthday to Janek!


Paul - gwiazda porno


Link 30.06.2009 :: 11:43 Komentuj (6)
Prawie 5 miesiecy minelo od czasu mojego ostatniego wpisu. I oto teraz triumfalnie powracam jako... gwiazda porno! Niemal czuje niedowierzanie i zarazem wzrost cisnienia u co niektorych. Coz, lata mijaja, wiadomo ze nie mlodniejemy, wiec trzeba "korzystac z zycia". Skoro nie moge sie spelnic jako ilustrator, przynajmniej spelniam sie jako... hmm... reproduktor? Domyslam sie ze wsrod czytajaych moga znalezc sie nieliczne osoby, ktore w tej wlasnie chwili przestaja czytac i w oburzeniu odchodza, nie mogac zrozumiec jak taki stateczny chlopiec mogl tak nisko upasc. Coz, ponoc wszystko jest mozliwe. Ale dla tych, ktorzy mimo wszystko zostali - wyjasnienie. Dave Follett, moj znajomy australijski ilustrator z Watermark (wciaz tam namietnie uczeszczam by zglebic tajniki tabletu) ma rece pelne roboty. I to roboty, do ktorej jak najbardziej sie nadaje, czyli robienie komiksow, ilustracji do magazynow i wszelkich innych obrazkow. Jedna z jego cotygodniowych fuch, jest robienie krotkich, obrazkowych historyjek do pisma erotycznego People, ktore wykonuje pod pseudonimem Darcy. Otoz, nieoczekiwanie stalem sie inspiracja do najnowszej historyjki z numerem 170. Gdy to zobaczylem, niesmialo poczulem ze jeden z bohaterow mnie przypomina, ale dopiero po analizie detali nabralem pewnosci ze to ja. Wszystko sie zgadzalo: okulary, wlosy, pseudo bakobrody i koszulka z jakims upiornym motywem. No prawie wszystko. Dave wykazal sie niezwykla szczodroscia dodajac mi conajmniej 10 kg czystej tkanki miesniowej. Nie osmielil sie jednak pokazac mojego wacusia. Szkoda, bo w przyplywie jego chojnosci, w swiat moglaby pojsc fama, ze kwalifikuje sie na afro-amerykanski rozmiar prezerwatyw. Pozostaja domysly.

Ale wrocmy do faktow. Choc wizerunkowo posluzylem Dave'owi za przyklad, to reszta jest fikcja. Kto zna mnie lepiej, wie ze rozwiazlosc seksualna nie jest moim przyjacielem. Dave tez to wiedzial, bo podeslalem mu kiedys linka wyjasniajacego definicje "Straight Edge". No chyba, ze nie odrobil lekcji... W kazdym razie odnajduje w tym element czarnego humoru. Zabawnie jest widziec sie w otoczeniu sterczacych cycuszkow i wibrujacych pupci. Smutne jest jednak to, ze prywatnie ciepri sie na prawie polroczna posuche seksualna. Nie moze byc inaczej, skoro po 5 miesiacach wciaz wspomnienie o przeszlosci boli. Z przykroscia zdaje sobie sprawe, ze jeszcze sporo czasu uplynie zanim Sylwia wyparuje mi calkiem z glowy. A dopoki to nie nastapi, nie jestem gotowy na zaden inny zwiazek i co sie z tym wiaze - spoufalosc.

Ale nie czas teraz na smutki! Czas na seks! Przynajmniej w dwuwymiarze ide jak burza. Patrzcie i uczcie sie!


Rozpad PiS


Link 10.02.2009 :: 10:33 Komentuj (7)
Spokojnie, nie bedzie o polityce, przynajmniej nie w powszechnym tego slowa znaczeniu. Bedzie to melodramatyczna opowiesc o Pawle i Sylwii. Beda szlochy i zale, bo nie jest to szczesliwa historia o tym jak zyli dlugo i szczesliwie. Historia, ktora burzy opinie o tym jaka z nas fantastyczna para, oraz potwierdza klatwe par przyjezdzajacych do Australii. Wielokrotnie slyszelismy o tym, ze wszystkie pary predzej czy pozniej tu zrywaja. Powtarzalem, ze my sie nie damy i udowodnimy ze to tylko zly omen, ktoremu wyjdziemy na przeciw. Wyszlismy, ale przegralismy.

Kto zna mnie i Sylwie, wie jak zawsze bardzo sie roznilismy. Ja - rozdarty pasjami takimi jak rysowanie, granie na basie, koszykowka, koncerty itd. Ona - gory, snieg i snowboard. Zawsze tak bylo i oboje bez trudu akceptowalismy swoje zamilowania. Nie sadzilem, ze to one po czesci stana na drodze ku naszemu szczesciu. Moze pozwole sobie na pewna retrospekcje, by ulatwic czytajacym zrozumienie naszej historii.

Sylwie zawsze nosilo. Ma w sobie jakas niczym nieskrepowana nature podrozniczki. Od czasow kiedy zasmakowala "lepszego" zycia w Stanach i po zderzeniu z szara rzeczywistoscia w Polsce, zawsze szukala miejsca w ktore moglaby uciec. Ale zamiast kolejnej ucieczki, pojawilem sie ja i... zakochalismy sie w sobie. Po 3 lub 4 miesiacach bycia razem, Sylwia otrzymala polroczne stypendium w Belgii. Choc nie bylo mi lekko to przyznac, wiedzialem ze nie powinna zaprzepasic takiej szansy. W polowie jej pobytu, odwiedzilem ja tam na tydzien i spedzilismy wspamniale chwile. Dalo mi to sile by przetrwac kolejne miesiace. Po jej poworcie, nasze relacje jeszcze bardziej zaciesnily sie i przybraly na mocy. Wspolne plany, wspolna przyszlosc, slowem nic nie bylo w stanie nas od szczescia odwrocic. Wiadomo ze zycie w Polsce latwe nie jest, a wizja wspolnego mieszkania byla poza naszym zasiegiem. Cierpielismy z tego powodu, ale trzeba bylo zyc dalej probujac jakos zwiazac koniec z koncem, trzymajac sie naszego wspolnego celu. Wreszcie udalo mi sie znalezc prace w firmie graficznej, ktora jak wtedy sadzilem pomoglaby mi rozwinac sie zawodowo. Ale to by bylo na tyle korzysci, gdyz zarabialem grubo ponizej krajowej i wciaz o wynajeciu mieszkania nie bylo mowy. Sylwia zaczela sie niecierpliwic, co automatycznie wylaczylo u niej funkcje "wyjazd". Zaczela szukac czegos na wlasna reke, czego rezultatem bylo znalezienie pracy w Szwajcarii, w otoczeniu swoich wymarzonych Alp. Gdy sie o tym dowiedzialem, poczulem zal i bezsilnosc, bo wszystko juz miala zaplanowane. Nic nie moglem zrobic. Zadne moje argumenty nie byly jej w stanie przed wyjazdem powstrzymac. Jedynym pocieszeniem (aczkolwiek marnym) bylo to, ze to "tylko" 5 miesiecy. Skoro przetrwalismy 6 na poczatku naszego zwiazku, to powinnismy przetrwac 5 bedac juz razem z dluzszym stazem. Jakze sie mylilem. Bardzo szybko zaczely sie problemy. Znalazla raj, w ktorym miala schronienie od wszystkich klopotow w Polsce. W zasiegu reki miala piekne widoki, osniezone gory i deske pod stopami kiedy tylko chciala. Nie chciala wracac. Oddalila sie ode mnie nie tylko fizycznie. Gdy odjezdzala, widzialem ja w szybie autokaru zalana lzami. Cierpiala. Chwile pozniej wyslala mi najslodszego sms-a jakiegokolwiek w zyciu dostalem. Wtedy wiedzialem, ze to jest szczescie jakiego niektorzy szukaja przez cale zycie. A ja to mialem. Wtedy wiedzialem ze przetrwamy, bo nasze uczucie jest silne i prawdziwe. Gdy ujrzalem ja na dworcu po przyjezdzie ze Szwajcarii, nie bylo radosci ani lez wzruszenia. Sylwia wrocila odmieniona. Juz nic nie bylo takie jak dawniej. W jej oczach odnajdywalem tesknote za Alpami, a gdy patrzyla na mnie widzialem obojetnosc. Nie musze chyba przekonywac o tym jakie bylo to bolesne. Kryzysowe sytuacje zaczely pojawiac sie coraz czesciej, przez co kilka razy bylem bliski zerwania. Moze jaja mialem za male zeby to zrobic, a moze po prostu za bardzo ja kochalem zeby poddac sie bez walki. Postanowilem o nas powalczyc. Potwornie duzo wysilku wlozylem by utrzymac nasz wiazek, ale bylo warto. Wkrotce znowu wszystko zaczelo wracac do normy i udalo mi sie wzniecic w niej uczucie po raz kolejny. Nie twierdze ze bylo sielankowo. Oczywiscie klotnie sie zdarzaly, ale zawsze potrafilismy wyjsc z tego zwyciezko ze sztandarem milosci w reku. Zareczylismy sie. Znow bylismy szczesliwi. Doswiadczony trudami rozlaki, potawilem sprawe jasno. Od tej pory nie bylo juz mowy o zadnym wyjezdzie Sylwii w pojedynke na dluzszy czas. Wyjezdzamy razem, albo sie rozstajemy. Nie musialem dlugo czekac by znow zaczelo ja nosic i coraz czesciej slyszec o wyjezdzie. Bylo to na tyle silne, ze zeby utrzymac zwiazek, musialem podjac krytyczna decyzje. Zdecydowalem sie na desperacki krok: rzucilem prace, dom i zlikwidowalem cale swoje oszczednosci zeby tu przybyc i zaczac wszystko od poczatku z kobieta z ktora wiaze przyszlosc. Podejrzewalem ze start w Australii bedzie trudny, ale skoro dzieli sie los z ukochana osoba, nie moglo byc tragicznie. I nie bylo. Swietnie sie nam razem mieszkalo i generalnie wszystko miedzy nami ukladalo sie pomyslnie. Gdy jej tesknota za gorami obudzila sie ponownie, postanowila udac sie na snowboard do Nowej Zelandii. Niecale dwa tygodnie szybko minely i wrocila do mnie cala, zdrowa i szczesliwa. Ale niektorzy chca miec wiecej niz maja. Nie bylo dnia, zebym nie slyszal o gorach i kolejnych wyjazdowych planach, ktore niestety mnie wykluczaly. Kolejny wyjazd w gory byl tylko kwestia czasu. I stalo sie. Wiza do Stanow na 10 lat zalatwiona, bilet kupiony a hotele oplacone. Nie przypuszczalem ze ten niecaly miesiac w Colorado az tak ja odmieni. Po jej przylocie, wyglodnialy z tesknoty, nie znalazlem tego samego z jej strony. Wszystko znow bylo jakis inne, chlodne i obce. Po 3 dniach w koncu sprowokowalem rozmowe, ktora nieoczekiwanie dla mnie zakonczyla sie zerwaniem. Okazalo sie ze dojrzala do tej decyzji bedac tam, w swojej samotni, snieznym raju. Czy byl tam ktos kto jej w tej decyzji pomogl, nie wiem. Wiem ze nasze rozstanie stalo sie faktem i nic juz tego nie zmieni. Nie ma chwili bym o tym nie myslal, a analiz w mojej glowie nie ma konca. Czy zrobilem wszystko co moglem by ja zatrzymac? Czy czy to mozliwe by kochac kogos jeszcze mocniej? Co zrobilem zle? Nawet nie wiem czy odpowiedzi na te pytania maja teraz jakikolwiek sens.

Nie chce bardziej ujawniac swoich uczuc wobec Sylwii i calej tej sytuacji. Staralem sie przedstawic to w mozliwie obiektywny sposob, by nie dac sie poniesc negatywnym emocjom, ktore obecnie mna wladaja. Nie chce by ktokolwiek odbieral ja jako potwora. Zrobila co uwazala za sluszne, w zgodzie z soba i swoja wedrownicza natura. Czy mozna ja za to winic? Nie moge tez jej winic ze juz mnie nie kocha. Ponoc tylko krowa nie zminia pogladow. A ze przy okazji ja na tym ucierpialem... coz, widocznie mylilem sie w ocenie wymarzonej kobiety i nastepnym razem musze sie lepiej postarac.

PiS
30 maj 2005 - 5 luty 2009
R.I.P.

Ostatnie wspolne zdjecie SnowFreak'a i BassFreak'a


Herbatniki Goryla


Link 07.02.2009 :: 00:45 Komentuj (2)
Odkad pamietam, zespol ten zawsze byl moim faworytem jesli chodzi o hardcore'owa nute. Nie za lekko, nie za ciezko, ani wolno, ani zbyt szybko. Tekstowo zawsze trzymali sie hardcore'owej stylistyki, a mimo wszystko nie bylo to odtworcze, a raczej inspirujace na tyle, ze niektore z ich tekstow staly sie niemalze scenowymi hymnami. No i te organki w "Start Today"! W zyciu bym nie przypuszczal, ze kiedykolwiek zobacze ten zespol-legende, weteranow nowojorskiej sceny hardcore, oraz piewcow straight edge i wegetarianizmu w latach 80-tych. Bo jakze moglbym snic o ich koncercie, skoro od 1991 r. przez 15 lat nie istnieli! Do wiesci o ich poworcie w 2006 r. podszedlem sceptycznie, bo z doswiadczenia wiem ze takie poworty sa zwykle nieudane, pozostawiaja niesmak i rozczarowanie. Ale rozliczne recenzje z ich koncertow wskazywaly ze znowu wybijaja sie ponad przecietnosc. Pomyslalem ze cos w tym musi byc, bo ta zaskakujaca zgodnosc opini nie moze byc przypadkiem ani masowa manipulacja. Kiedy dowiedzialem sie ich ich pierwszym koncercie w Polsce jesienia 2007 r., myslalem ze zwarjuje z radosci. Juz oczami wyobrazni widzialem siebie tuz pod scena skandujacego "what do you mean it's time for me to grow up". Widok ten wkrotce sie rozmyl spowodowany wylotem do Australii. Nie bylo latwo mi to przelknac, ale nie mialem wyjscia. Gdy dowiedzialem sie o ich australijskiej trasie, poczulem dokladnie to samo podniecenie co 2 lata wczesniej. I znow ja z wyciagnieta reka z namalowanym iksem. Koncert w Syndey odbyl sie 10 grudnia, czyli 2 dni po moim powrocie z rejsu. Poza oczywistym magnesem jakim byla Sylwia, koncert ten byl jednym z nielicznych powodow dla ktorych chcialem wracac do Sydney.

Na rozgrzewke zagralo ILL BRIGADE, lokalna kapela ktora ostatnimi czasy ma zaszczyt produkowac sie na wiekszosci koncertow tego typu. Slowem old school po linii YOUTH OF TODAY. Po nich weszli BAD BLOOD, rowniez lokalni, ktorzy dla odmiany preferuja bardziej twarde granie w stylu MADBALL. Nowojorczycy kazali na siebie dlugo czekac, ale juz na pierwszy dzwiek kazdy zapomnial ze jeszcze chwile temu sie smiertelnie nudzil. Nie moglo byc inaczej - zaczeli od hymnu "New Direction". Trudno opisac co sie dzialo pod scena. Kazdy znal slowa i nie bylo momentu w ktorym byloby slychac wylacznie wokal Civ'a. Tymbardziej dziwne, bo jak zawsze, rowniez i tym razem przewazala tu mlodziez z pokolenia MTV, dla ktorych scenowa klasyka zaczyna sie od THE OFFSPRING. Ale nie tym razem. Nawet dla nich GORILLA BISCUITS bylo kultowe. Niezbitym dowodem na ich wyjatkowosc jest fakt, ze jedyne dwie plyty jakie nagrali pochodza z lat 80-tych. Od tamtej pory nie nagrali nic, a mimo to kazdy ich koncert jest wydarzeniem i nikt nie marudzi ze wciaz odgrzewaja stare kotlety. Na sam koniec zagrali "Start Today", absolutny hit w ich jakby nie bylo skromnej tworczosci.

Wydarzylo sie rowniez cos o czym warto wspomniec, bo raczej podobne sytuacje nie zdarzaja sie zbyt czesto. Obok mnie na scenie siedziala mloda, absolutnie urocza dziewczyna w koszulce IGNITE. Oczywiste bylo, ze jest w klimacie i ze nie znalazla sie tu przypadkiem. Gdy ja robilem fotki, wrzeszczalem i chronilem glowe przed fruwajacymi nogami, ona siedziala raczej spokojnie. W pewnym momencie gdy uslyszala ktorys z kawalkow, wbiegla z impetem na scene, wydzierajac mikrofon Civ'owi, jednoczesnie spychajac go ze sceny. Tlum zdebial... a po chwili okazal aprobate i wlaczyl sie do spiewania z nieznajoma. Zeszla ze sceny dopiero po skonczeniu kawalka w aurze aplazu. To sie nazywa hardcore!

Civ jest super gosciem. Brzydki jak diabel, ale luz i poczucie humoru, ktore prezentuje na scenie urzekaja. Nie ma w nim ani troche nadecia czy pozerki. Rzeczy ktore wrzucal miedzy kawalkami ze sceny swiadczyly, ze jest tu ze szczerych powodow, z milosci do sceny, oraz lojalnosci wobec kumpli z zespolu i zalogantow tworzacych ow scene. Od czasow kiedy grali przed ich wielkim powortem, Civ sie zmienil. Zaokraglil sie znacznie, a poniewaz jest wlascicielem studia tatuazu, swoje cialo pokryl obrazkami. Dodam, ze dosyc gesto. Tez tak chce!

Kolejna wielka kapela z mojej listy odhaczona. Najwazniejsi zaliczeni. Widzialem juz NOMEANSNO (5 razy!), FUGAZI, MISFITS, EARTH CRISIS, IGNITE, H2O, BATTERY, INTEGRITY... i teraz wreszcie GORILLA BISCUITS! Jednak wciaz brakuje tu jeszcze SNAPCASE, REFUSED, FAITH NO MORE, KILLING JOKE, PRIMUS i BAD BRAINS. Czesc juz przepadla, bo poza trzema ostatnimi, wszyscy sie porozpadali.




Rejs Zycia


Link 06.02.2009 :: 12:54 Komentuj (1)
Na przelomie listopada i grudnia tamtego roku odbylem podroz statkiem po wyspach Pacyfiku. Mniej wiecej wiedzialem czego sie spodziewac: biale piaski, turkusowa woda, palmy, slonce i tubylcy w spodniczkach z trawy. Ale nie bylbym soba gdybym z pewnym dystansem i sceptycyzmem nie podszedl do swych wyobrazen. Za pewne kazdy zna smak rozczarowania jakie go spotyka po otworzeniu drzwi hotelowych pensjonatu, do ktorego przyjazd poprzedzony byl urokliwa fotografia z broszury turystycznej. Jednak zamiast widoku na morze, jest widok na sasiedni pensjonat Mewa, z ktorego macha do nas 60-letnia Pani Jadwiga cierpiaca na schorzenie "bingo wings". 50 metrow do plazy okazuje sie byc dystansem o 3 razy dluzszym (jesli pojdziemy na skroty przez las). Plaski 28" telewizor zastapiono 14" maluchem bez pilota i sniegiem na kazdym kanale. Egzotyczna terakota w lazience okazuje sie byc pozostaloscia po bezowej porcelanie z Opoczna. Ze nie wspomne juz o cieknacym kranie, tejemniczych plamach na lozku i czerwonych stemplach na poscieli, z ktorej niemal bije zapach wspomnien kolonii z Grotnik '86. Takie "niedopatrzenia" mozna mnozyc w nieskonczonosc. Zatem czego ja mialem oczekiwac po obietnicy obrazkow o rajskich plazach? Otoz... dokladnie tego samego co na tych obrazkach! Nie sciemniam! Coz za mile zaskoczenie po raz pierwszy w zyciu przelknac slodko-gorzki fakt zlego proroctwa! Juz moja wedrowka na odprawe do portu podsycala ufnosc w realnosc mojej wyobrazni, bo juz z daleka gigantyczny statek o dumnej nazwie Pacific Dawn zdawal sie przekonywac o tym ze nie jest widmem. 13 pokladow, kilka basenow, jacuzzi, sala kinowo-teatralna, kasyno, biblioteka, silownia, restauracje, sklepy, puby itd. Zaloga statku liczyla ponad 700 osob, a pasazerow bylo ponad 2 tysiace. Auc! Jednak statek byl na tyle przestrzenny, ze nie odczuwalo sie tloku. Dla przykladu, pierwszego dnia poznalem sympatyczna pare Polakow z Melbourne, ktorych potem nie spotkalem juz ani razu. Ale nie o statku przeciez chcialem pisac.

Plan rejsu wygladal nastepujaco: 3 dni na oceanie, 4 dni zwiedzania (po 1 dniu na kazda wyspe), 4 dni na powrot do Sydney.
Pierwszy postoj - Nouméa, stolica Nowej Kaledonii. Miasto raczej male i niezbyt czyste, zeby nie uzyc okreslenia obskorne. Wyraznie widac roznice w zasobnosci miedzy tym krajem a Australia. A mimo to ma sie wrazenie, ze ludzie sa pogodni i pozytywnie nastawieni. Turysci bez znajomosci francuskiego moga miec problem, bo malo kto z tubylcow ogarnal podstawy inglisza. Z miasta wzielismy autobus, ktory zawiozl nas na dwie urocze plaze. Co prawda waskie, ale widoki plus kolor i zaskakujaco wysoka temperatura wody urzeka natychmiast.
Kolejny dzien to Ouvéa, mala wysepka Nowej Kaledonii. Niski standart zycia just tu jeszcze bardziej widoczny. Kilka chatek, maly brzydki kosciol i... to by bylo na tyle w temacie urbanistyki. Ale tu tez ludzie jacys wyluzowani. W sumie slusznie, skoro nie musza brac udzialu w wyscigu szczurow, a zamiast tego spokojnie moga spedzac czas na plazy. A plaza tu jest absolutbie niezwykla. Wedlug mnie bezkompromisowo zajmuje numer 1 w rankingu plaz. Idealny pisaek, idealna woda, idealna pogoda. Po tej plazy do tej pory mam pamiatke w postaci mazaja na plecach o ksztalcie litery "S". Nie dlatego ze "S" od Sylwia (choc pozniej sam dorobilem taka teorie), a dlatego ze moja kolezanka kierowana troska o moje zdrowie, postanowila spsikac mnie swoim olejkiem z filtrem. Niestety nie roztarla tego zbyt dobrze, czego efektem pozostala biala litera. Bylo to glownym powodem dla ktorego niechetnie zdejmowalem koszulke do konca rejsu. Dzieki Ci Kara.
Dzien nastepny to juz stolica Vanuatu - Port Vila. Bieda zakula w nasze oczy po raz kolejny, ale nie sposob odniesc wrazenie ze im rowniez to zwisa. Tu ludzie juz mowia po angielsku, ale jest to jakby wypadkowa z ich rodzimym dialektem. Z moim kumplem z pokoju z Tajlandii o imieniu Shanon, wybralismy sie na Cascade Watrefalls - obowiazek kazdego turysty. Owszem, ladnie, ale zeby bylo to warte $25 to nie wydaje mi sie. Ciekawostka sa tez autobusy, ktore wygladaja jak mini vany rozpadajace sie od starosci i korozji. Ze to autobus poznac mozna jedynie po malej nalepce tuz nad tablica rejestracyjna z tylu. A kierowcy wygladaja tak jak zwykli pasazerowie (czyli dosyc dresiarsko) i czardzuja ile im sie podoba. Jezdza tez na luzie, bez wiekszej troski o bezpieczenstwo swoje czy pasazerow.
Ostatni dzien zwiedzania, to jak sie okazala najbardziej dzika i dziewicza wyspa z dotychczas przez nas odwiedzonych, czyli Wala. Dziewicza nie dlatego, ze nie postala tam stopa ludzka. Przeciwnie, zaludnienie bylo tu znacznie wieksze niz na Ouvéa, ale cywilizacyjnie rownie mocno zacofana. Maja jakies radio, ale nie maja telewizji. Jeden z naszych przewdonikow z duma podkreslil ze juz wkrotce beda mieli siec komorkowa i internet. Ponoc wciaz zyja tu ludzie, ktorzy pamietaja kanibalisytyczne obrzadki, a nawet w nie wierza. Coz, co kraj to obyczaj. Tutejsza plaza najmniej mi sie podobala, bo byla posiana jakimis drobnymi i ostrymi kamykami i konarami. I tak w ogole jakos mniej przytulna. Ale czas spedzilem milo, wiec wszelkie braki momentalnie szly w niepamiec.

Powrot na statek zawsze cieszyl. Dla jednych to ucieczka przed sloncem, dla drugich to esencja rozrywki. Codziennie dyskoteka w nocym klubie, codziennie jakies przedstawienie lub film. Zawsze cos do roboty. Chyba tylko socjopata nie znalazlby nic tu dla siebie.

Jesli ktokolwiek ma jeszcze watpliowsci, to potwierdzam. Tak, odbylem rejs zycia. Ale zeby nie odbierac tego z przesadna pompa i zbyt gornolotnie, uznajmy po prostu ze byly to wakacje mojego zycia. Jedyne czego mi brakowalo, to tego ze Sylwia nie mogla dzielic ze mna przyjemnosci odkrywania tych miejsc.

Nouméa, Nowa Kaledonia


Ouvéa, Nowa Kaledonia


Pacific Dawn


Podsumowanie 2


Link 01.09.2008 :: 13:51 Komentuj (3)
Kolejne podsumowanie czas zaczac, gdyz wlasnie pierwszy rok mija. Dokladnie rok temu, 1 wrzesnia, po raz pierwszy zahlysnalem sie australijskim powietrzem, a moje stopy po raz pierwszy poczuly twardosc australijskiego gruntu. Czasem az trudno mi uwierzyc, ze az 12 miesiecy poza Polska przebywam, w dodatku w Australii! I co z tego wynika? W sumie niewiele. Ludzie z Europy, a zwlaszcza z Polski, a juz najabrdziej Ci ktorych znam, maja tendencje to wyobrazania sobie Australii jako raju. Faktycznie czasem tak tu bywa. I tu sprostowanie sie nalezy, bo jak dotad niewiele poza Sydney widzialem, wiec co ja tam wiem o prawdziwej Australii. Nie mniej Sydney moze wydawac sie rajskim miastem, jesli w ogole taki frazeologizm nie jest zgrzytem. Bynajmniej dla mnie zatwardzialego mieszczucha takowym nie jest. W kazdym razie trzeba byc nieprzecietnie naiwnym, zeby slowo "raj" w kontekscie Australii lub Syndey, nie brac w cudzyslow. Wszystko ma dwie strony medalu. Wszedzie tam gdzie sa bogaci, sa tez biedni. I wszystko co jest piekne, ma tez gdzies swoj brzydki odpowiednik. Mity o najnizszym bezrobociu na swiecie, beztroskim zyciu i balangach na plazy, sa wzglende. Sa szczesciarze (zeby daleko nie szukac - moja Sylwia), ktorym przyszlo pracowac niemal z dnia na dzien w pracy, ktora daje im satysfakcje i godziwy zarobek. Sa tez tacy, ktorzy szukali pracy wiele tygodni, az wreszcie los rzuca im pod nos marna robote, niczym marny ochlap rzucony psu pod stolem. I gdzie ja sie plasuje? Chyba gdzies po srodku. Prace mam wciaz ta sama, pol etatu, z ktorego ledwo starcza mi na przezycie i oplacenie rachunkow. Praca dodatkowa jest niezwykle okazjonalna i trudno nawet cokolwiek z niej odlozyc np. na oplacenie szkoly, ze juz nie wspomne o przyjemnosciach. Nie bede was mamil o raju, ziemi obiecanej, miejscu w ktorym wszystko przychodzi latwo. Nie jest lekko. A mimo to nie moge powiedziec, ze nie jestem szczesliwy.

Chyba wlasnie teraz nastal czas by rozswietlic nieco opis mojego zywotu na Antypodach. Pierwsze co przychodzi mi do glowy to Sylwia. Mieszkamy juz od roku razem i... przetrwalismy! Pierwsza proba zaliczona! Nie mowie, ze jest sielankowo, bo czasem klocimy sie i bywaja "ciche dni". Moje lenistwo i jej upierdliwosc stwarzaja wybuchowa miksture, ale mimo to zawsze potrafimy znalezc porozumienie i w rezultacie milosc bierze gore nad negatywnymi emocjami. Sylwia radzi sobie swietnie. Po niespelna roku pracy jako sprzedawca, awansowala na pozycje drugiego menadzera! Jest chyba jedynym obcokrajowcem na tej pozycji. Pochlebne wiesci o niej szybko rozeszly sie po sieci sklepow SDS i juz nie raz slyszala tekst "wiele dobrego o Tobie slyszalam". Gdyby nie ograniczenie jakie stwarza jej studencka wiza, mialaby spore szanse na zostanie glwonym menadzerem. Nic dziwnego. Do swojej pracy podchodzi rzetelnie i profesjonalnie i moglaby byc (i pewnie jest) przykladem dla wielu pracownikow tych sklepow.



Dla kontrastu jestem ja i moja praca. Ech, a mialo byc optymistyczniej. Choc moja robota zmusza mnie do czynnosci do ktorych nie potrzebna mi byla edukacja w ASP i generalnie jest tego rodzaju praca, ktora chcialoby sie zataic, to daje mi mozliwosc poznania ciekawych ludzi. Co wiecej, ludzi ktorzy doceniaja moj potencjal i wykorzystuja moje zdolnosci od czasu do czasu. Co prawda nie ida z tym zadne finasowe profity, ale czasem aprobata odpowiednich ludzi wiecej moze przyniesc korzysci niz zera na koncie. Dzieki mojej znajomosci z Jim'em, pewnym Anglikiem ktory pracuje w Yello, poznalem goscia z RPA, ktory z kolei otworzyl przede mna pewna wizje, ktora od kilku miesiecy prowadzi mnie w nadziei na lepsze jutro. Wiem, ze brzmi to obrzydliwie banalnie, ale to prawda. Ten gosciu to Phillip Small, szanowany ilustrator, ktory kilka lat temu byl w podobnej sytuacji co ja teraz. On rowniez po przybyciu do Sydney byl ilustratorem bez pracy i bez szans na rezydneture. Wyjechal wiec ze swoja kobieta do Nowej Zelandii, wzial slub i otrzymal mozliwosc legalnego pobytu i pracy, po tym jak jego zona dostala rezydenture. Mieszkal wraz z zona w spartanskich warunkach narazajac sie na nowo-zelandzkie wichry, pracowal ciezko na budowie, a w miedzyczasie zdobywal doswiadczenie jako free-lancer, dziubiac po nocach misterne ilustracje. Ten kilkuletni kierat oplacil mu sie, bo powrocil do Sydney z nowozelandzkim paszportem, co dalo mu mozliwosc legalnego pobytu i legalnej pracy w pelnym wymiarze godzin. Teraz stoi na czele australijskiego oddzialu Watermark, grupy ilustratorow. Z protekcji Jim'a zostalem umowiony na spotkanie z Phillip'em. Nie chcial nawet ogladac mojego portfolio, gdyz widzial juz moja strone interntetowa i uznal ze jestem wystraczajaco dobry na sponsoring. Niestety po analizie moich szans, okazalo sie ze mam za malo punktow na rezydenture i jedyna nadzieja jest dla mnie droga, ktora niegdys pokonal Phillip - Auckland w Nowej Zelandii. Podjalbym prace jako freelancer w tamtejszym Watermark. Przez rok moglbym zebrac doswiadczenie w zawodzie, ktore jest absolutnie niezbedne do uzbierania wystarczajacej liczby punktow na rezydenture. Musialbym pracowac tam przez 2-3 lata by zlozyc aplikacje. Ewentualny wyjazd do Nowej Zelandii planujemy za rok, w okolicach listopada, moze grudnia. To jest nasz plan i jestem ciekawy ile z niego zostanie w przeciagu najblizszego roku. Do tego czasu musze wzbogadzic moje doswiadczenie na tutejszym gruncie, gdyz ono rowniez bedzie mialo kluczowe znaczenie. Zaslug Phillip'a w tej kwestii nie sposob nie docenic. Pozwala mi przychodzic do Watermark kiedy tylko chce, zebym oswoil sie z rysowaniem na tablecie, ktory w dzisiejszej ilustracji jest podstawowym narzedziem. Podzielil sie juz ze mna dwoma zleceniami: storyboardy i rysunek na plakat. Jesli tylko utrzymam z nim kontakt, spodziewac sie moge kolejnych zlecen. Oby tak dalej!



Rok czasu w innym kraju to teoretycznie duzo by nauczyc sie jezyka. Sylwii praca stwarza niepowtarzalna okazje by mogla cwiczyc jezyk nieustannie, poprzez rozmowy z klientami lub zalatwianie innych menadzerskich spraw. Ja pracujac w Yello krzatam sie po korytarzach, miedzy kuchnia, a biurami i niezbyt wiele mam okazji by rozmawiac. A jesli juz sie taka sytuacja przydarzy, zazwyczaj trwa to na tyle krotko, ze nawet nie zdarze sie przyzwyczaic do czyjegos akcentu. W drugiej pracy zazwyczaj na poczatku zmiany dowiaduje sie co mam skrecic lub rozwiercic i dzialam, bez czestych mozliwosci do konwersacji. Obiektywnie stwierdzam, ze male postepy poczynilem w tej dziedzinie. Gramatyka wciaz stanowi dla mnie taka sama enigme co przed wyjazdem i uzywam jej intuicyjnie albo przypadkowo. Jedynie slownictwo troche poszerzylem i moze nabralem wiecej odwagi by mowic nie zwazajac na ilosc poplenianych bledow. Na ile to wina ilosci Polakow przebywajacych w naszym otoczeniu, a na ile to moja odpornosc na przyswajanie jezyka, trudno mi powiedziec. Wiem natomiast, ze gorzej byc nie moze i kazdy dzien jest dla mnie potencjalna lekcja jezyka angielskiego. Sprostowanie - australijskiego. Tak, jest roznica. Ich jezyk jest jakby wypadkowa brytyjskiego i amerykanskiego, jednak z duzym odchylem w strone brytyjska. Czesto mowia niewyraznie, zwlaszcza starszyzna. Dreszcz mnie przechodzi na sama mysl o mieszkaniu w Nowej Zelandii, gdzie ichniejszy angielski jest jeszcze bardziej skundlony i polowy z wypowiadanych przez nich slow trzeba sie domyslac.

Mieszkanie w takim miescie jak Sydney, daje mi mozliwosc chodzenia na przerozne koncerty. Kto mnie zna, wie ze ja to lubie. Gdyby tylko czas i pieniadze mi pozwalaly, niemal codziennie chodzilby na jakis gig. Naprawde jest w czym wybierac. Teraz cos dla kumatych, lub po prostu dla zainteresowanych. Podam nieco okrojona liste kapel lub wykonawcow, ktorych w przeciagu roku udalo mi sie zobaczyc. Kolejnosc chronologiczna:

1. Miles Away (Aus) + No Apologies (Aus) + Jungle Fever (Aus) + Bad Blood (Aus) + Homewrecker (Aus)
2. Mindsnare (Aus) + Against (Aus) + Samsara (Aus) + Jack Napier (Aus)
3. The Warriors (USA) + Jack Napier (Aus) + Relentless (Aus) + Takedown (Aus)
4. Muse (GB)
5. The Special Beat (GB) + Los Capitanes (Aus) + Backy Skank (Aus)
6. Soundwave 2008: Halifax (USA) + My American Heart (USA) + The Fall Of Troy (USA) + Carpathian (Aus) + Bleeding Through (USA) + Thursday (USA) + Haste The Day (USA) + Alexisonfire (USA) + Infectious Grooves (USA) + As I Lay Dying (USA) + Killswitch Engage (USA) + The Offspring (USA)
7. Horse The Band (USA)
8. Nathan East (USA)
9. Millencolin (Swe) + The Getaway Plan (Aus)
10. Avanged Sevenfold (USA) + Bullet For My Valentine (GB) + Atreyu (USA) + Behind The Crimson Eyes (Aus)
11. Crux (Aus) + Daighila (Mal) + When Chimps Attack (Aus) + Former Republics (Aus)
12. Dropkick Murphys (USA) + Sick Of It All (USA) + The Corps (Aus)
13. Parkway Drive (Aus) + Have Heart (USA) + Antagonist (NZ) + Break Even (Aus)
14. Stu Hamm (USA)
15. Ignite (USA) + Bad Blood (Aus) + Ill Brigade (Aus)
16. Carpathian (Aus) + Break Even (Aus) + The Broderick (Aus) + Worlds Apart (Aus)

Stu Hamm


A teraz lista tylko nielicznych koncertow, ktore z oczywistych powodow musialem ominac, a ktore mniej lub bardziej interesowalby mnie:

1. Rage Against The Machine (USA)
2. Nine Inch Nails (USA)
3. Bouncing Souls (USA)
4. Reel Big Fish (USA) + Less Than Jake (USA)
5. Madball (USA) + Death Before Dishonour (USA)
6. Tiger Army (USA)
7. MXPX (USA) + Antiskeptic (Aus)
8. I Killed The Prom Queen (Aus) + Bring Me The Horizon (GB) + The Ghost Inside (USA) + The Red Shore (USA)
9. Pennywise (USA) + Sum 41 (Can) + The Vandals (USA)
10. Korn (USA) + Biohazard (USA) + Chimaira (USA) + Throwdown (USA) + Bloodsimple
11. Henry Rollins (USA)
12. Against Me! (USA)
13. Helmet (USA)
14. The Dillinger Escape Plan (USA) + Colliseum (USA)
15. Story Of The Year (USA)
16. Four Year Strong (USA) + Rex Banner (Aus) + Jack Napier (AUS) + Losing Streak (Aus)
17. A Wilhelm Scream (USA) + Lungs
18. The Ghost Inside (USA) + Shinto Katana (Aus) + Vegas In Ruin (Aus)
19. Dropsaw (Aus) + Relentless (Aus)
20. Hardcore 2008: Blacklisted (USA) + Parkway Drive (Aus) + Meatlocker (Aus) + Her Nightmare (Aus) + Extorsion (Aus) + Samsara (Aus) + The Dead Walk (Aus) + 50 Lions (Aus) + No Love Lost (Aus) + The Broderick (Aus) + Jack Napier (Aus) + Jungle Fever (Aus)
21. Strung Out (USA) + No Use For A Name (USA)
22. Sham 69 (GB)
23. Devo (USA)
24. Caliban (Ger) + Her Nightmare (Aus)
25. Irrelevant (Aus) + Rex Banner (Aus) + Mary Jane Kelly (Aus) + Losing Streak (Aus)
26. Deez Nuts (Aus) + Confessions (Aus)

Dosyc juz tych pseudo-muzycznych wywodow. Choc wciaz mam wiele do dodania w tym temacie, ale w sumie w innych takze. Gdybym chcial sie odniesc do mojego pierwszego podsumowania ze stycznia, w zasadzie wszystko wymagaloby uaktualnienia, gdyz zmienilem spojrzenie na pewne kwestie. Dlatego pozwole sobie zakonczyc juz teraz zeby zaoszczedzic wam czasu poswieconego na czytanie tego i tak juz przydlugiego wpisu.

Szukam w glowie jakiejs optymistycznej konkluzji, ale w tym momencie nic nie przychodzi mi do glowy. Moze tylko tyle, ze dziekuje wszystkim ktorzy czytaja moje slowa, a zwlaszcza tym ktorzy zostawiaja po sobie slad w postaci wpisu.

Mission X


Link 20.08.2008 :: 08:33 Komentuj (5)
Misja X? Coz to? Ci ktorzy mnie lepiej znaja, zapewne podejrzewaja ze to znowu jakas moja straightedge'owa zajawka. Otoz nie. Przynajmniej nie tym razem. To nazwa nowopowstalej marki, ktora narodzila sie w wyniku mojego spotkania z Ralfem Behn'em. To Niemiec, ktory prowadzil zajecia z Martial Arts u nas w szkole, a prywatnie to bardzo sypmatyczny i pozytywny jegomosc. Juz na zajeciach u niego, zauwazyc mozna bylo, ze to czlowiek z pasja. I faktycznie, po blizszym poznaniu wszystko stalo sie jasne. Ralf Behn, jak sie sam okresla, to trener zycia. A dokladnie: swietny motywacyjny mowca, trener fitness i specjalista od zywienia. Odbyl sluzbe w komandosach, co dalo efekt znajomosci sztuk walki i zamilowanie do MMA (Mixed Martial Arts). Ukonczyl ekonomie co pewnie wplynelo na jego smykalke do interesow. Prowadzi seminaria grupowe, a takze prywatne hipnoterapie dla palaczy i ludzi z nadwaga. To czlowiek ciekawy i opowiadac o nim moglbym dlugo, ale nie on jest przeciez celem mojego wywodu.

Jak to sie stalo, ze stworzylismy Mission X. Zaczelo sie od drobynch rysunkow do jego broszury seminaryjnej. Zostalem polecony przez Dave'a, naszego wspolnego znajomego Anglika. W zasadzie juz w ciagu naszych pierwszych dwoch spotkan, zapalila mu sie w glowie lampka, ze oto wlasnie pojawila sie szansa na niezly interes - stworzenie marki, ktorej celem bedzie promowanie zdrowego trybu zycia. Moje projekty i jego doswiadczenie. Jeden z moich rysunkow do broszury, wydal mu sie na tyle interesujacy, ze uznal, ze bedzie idealny na nasza pierwsza koszulke. I tak sie zaczelo. Szereg spotkan i burz mozgow. Setki przemyslen i analiz. Wodospad nazw zdawal sie nie miec konca. Na tym polu chyba bylem bardziej kreatywny i tylko moje nazwy przeszly do scislej czolwki. A byly to:
1. ZONE X
2. MISSION X
3. ZONE ONE
4. MISSION POSSIBLE
5. UPRIGHT
Nazwa ZONE X wydawala sie nam najbardziej chwytliwa, ale okazalo sie ze jest juz zajeta. Nie przejelismy sie tym w ogole, gdyz MISSION X wydawalo sie nam rownie atrakcyjna nazwa, a moze nawet pasujaca do nas bardziej, gdyz Ralf w srodowisku nazywany jest "czlowiekiem z misja". Ale teraz to my mielsimy misje. Potem stworzylem logo, ktore spotkalo sie z uznaniem. Nastepny krok byl prosty i banalny. Robic to w czym jestem najlepszy, czyli rysowac.

Niestety po drodze pojawilo sie kilka istotnych kwestii, ktore nieco zmienily tor historii o super prosperujacej firmie. Pieniadze. Od samego poczatku, twierdzilem ze zeby zaczac takie przedsiwziecie, trzeba dysponowac niemala gotowka. Radzilem mu by poczekal do czasu az zbierze odpowiednia kwote, a ja do tego czasu moglbym zgromadzic niemala liczbe projektow. Jednak Ralf wydawal sie o tym nie slyszec. Bez cienia zwatpienia wierzyl w nasz sukces i ze z jego marnym budzetem, wspartym szerokimi znajomosciami uda sie nam. Uwazal ze musimy isc za ciosem i chwytac chwile, bo potem moze nam umknac. Coz, po raz kolejny moj racjonalizm wygral z czyims optymizmem. Juz przed produkcja pierwszej koszulki, spytal sie mnie czy nie zechcialbym wesprzec go finansowo. Oczywiscie odmowilem, bo jak moglbym wspolfinansowac cos takiego, skoro ledwo starcza mi na przezycie, a za college wciaz place ze swoich oszczednosci. Nie byl zdziwiony, bo znal moja sytuacje finansowa. Ale w koncu udalo mu sie uzbierac drobna sume na marne kilkadziesiat sztuk koszulek. Kolejny problem, ktory sie pojawil to podzial ewentualnych zyskow, ktore w tamtej chwili (ale rowniez w obecnej) wydawaly sie byc science-fiction. W tej kwestii nie moglismy sie zgodzic i nic nie wskazywalo, ze ktorakolwiek ze stron ustapi. Przewidzialem to i zaproponowalem, ze oddam "nasze dziecko" w jego rece. To bedzie jego firma i jego problem, a on placic mi bedzie za kazdy projekt. To chyba najuczciwsze wyjscie z tej sytuacji. Oczywiscie w przypadku sukcesu marki to ja bede stratny, ale poniewaz nie podzielam optymizmu Ralfa w tej kwestii, niczego sie nie obawiam. Jednak wyznam szczerze, ze wolabym sie mylic. Serio. Naprawde wolabym, zeby MISSION X odnioslo sukces. Nawet bez dodatkowych wplywow ze sprzadazy i tak moglbym na tym zyskac. Poza tym widze jak z wielka pasja podchodzi do tego Ralf i nie chcialbym widziec jego kleski. Ale poki co, ciulamy grosz do grosza i nic nie zapowiada wielkiej finansowej rewolucji.

Juz stracilem rachube jak dlugo nasz brand istnieje. W kazdym razie na naszym koncie sa juz dwa zrealizowane projekty i trzeci lada dzien ujrzy rowniez swiatlo dzienne. Pomyslow mam mnostwo i wszystko jest glownie kwestia czasu. Kilka dni temu krecilismy 2-minutowa reklamowke na plazy Maroubra. Przyznam, ze bylo to niezwykle ciekawe doswiadczenie. Niestety zaowocowalo ono moim przeziebieniem, gdyz slonce nie slonce, ale w koncu jeszcze zima u nas jest i bieganie w szortach po plazy, srednio rozsadne jest. W planie jest jeszcze jakas reklama czy artykul w jakims magazynie. Oczywiscie strona internetowa tez musi byc. Whatever. 3majcie kciuki!






Punk-rock to rurki z kremem


Link 10.05.2008 :: 13:08 Komentuj (4)
Zwyklo sie mowic inaczej. Faktycznie, punk-rock kiedys nie byl tymi przyslowiowymi rurkami z kremem i na szczescie czasami nimi nie jest. Ale swiat sie zmienia i scena punk na te zmiany nie pozostaje obojetna. A po co o tym wspominam? Z dwoch powodow. Pierwszy - niezelazna scena hardcore/punk wciaz jest dla mnie wazna, a drugi - kilka dni temu bylem na koncercie, ktory wzbudzil we mnie pewne odczucia, ktorymi chcialbym sie podzielic, lub mowiac dobitniej, wylac gorzka zolc z zoladka swego. Jednak zanim poszerze swoj wywod, od razu zaznacze ze jesli ktos z czytajacych nie ma pojecia na temat sceny niezaleznej, moze sobie odpuscic ta lekture, gdyz bedzie to dla niego rownie nuzace jak i abstrakcyjne.

Zawsze darzylem sympatia kapele ATREYU, ktora nie dosc ze nazwala sie imieniem bohatera jednego z moich ulubionych filmow, to do tego grala calkiem przyjemny hardcore. Nie bylo opcji zebym zignorowal ich obecnosc w Sydney. Grali tu jako support dla BULLET FOR MY VALENTINE i AVENGED SEVENFOLD. Byli jedyna kapela w tym zestawie, na ktorej mi zalezalo, choc przyznac musze, ze niegdys AVENGED SEVENFOLD rowniez bliskie mi bylo. Bylo, zanim metalcore ktory grali, zamienili na mdla rockowa papke po linii GUNS'N'ROSES. Na mysl o ich wspanialej EP-ce dla Goodlife Records pt: "Warmness On The Soul", ktora ujawniala ich moc i zapowiadala trzesienie Ziemi, wciaz przechodza mnie ciarki. Ale po kolei. Poniewaz nie zakupilem wczesniej biletu, przyszedlem poltorej godziny wczesniej. Moim oczom ukazal sie przeogromny tlum mlodziezy. I to tlum nie byle jakiej. Mlodziezy pograzonej w czerni, makijazu i mnostwa upiornych gadzetow, ktorej zazwyczaj nie spotyka sie na ulicy, bo spowodowac by to moglo zbyt duze poruszenie wsrod przechodniow, a moze nawet doprowadziloby do kilku drogowych kolizji lub zawalow serca u starszyzny. Krolowaly nie tylko misternie wypracowane grzywy, ale rowniez czarne spodnie o ciasnosci rajtuz z klinem, ktore nosilo sie za moich czasow w przedszkolu. Dobra, nie czepiam sie juz, w koncu taka jest teraz mlodziezowa moda, a ja juz jestem starym dziadem, ktory zyje sentymentem do przeszlosci. Faktycznie cos w tym jest, ale nie moge milczec, gdy scena ktora mnie wychowala, na moich oczach robi z siebie cyrk. I nie chodzi tu o to, ze moda wyglada tak a nie inaczej, ale o podejscie mlodziezy tworzacych ta scene. Hardcore czy punk nigdy nie byl po to by szokowac, ale po to by wykrzyczec to czego wyrazic nie mozna bylo. Byl ujsciem dla frustracji, szczerym glosem mlodziezy, ktora chciala cos zmienic, a nie tylko pokazac sie z bardziej szokujacej strony. Gdy ja zaczynalem swoja przygode z punkiem a potem hardcore'em, byly to wczesne lata 90-te. Wszystko co dotyczylo niezaleznej sceny bylo zupelnie inne niz teraz. Kasety-demowki, fanzine'y odbijane na ksero i sprzedawane za grosze, szczerosc i bezkompromisowosc zalogantow. Wtedy punk i hardcore nie byly na sprzedaz. Ludzie przychodzili na koncerty nie tylko dlatego ze podobala im sie muzyka, ale rowniez dlatego, ze interesowali sie polityka, prawami zwierzat i ekologia. Chcieli o tym sluchac, chcieli o tym mowic. Ludzie tworzacy ta scene mysleli samodzielnie, byli nonkonformistami. Ale czasy sie zmienily. Teraz scena jest pokazem mody i tylko pozornie wyrazem buntu. W odpowiednim sklepie mozesz niemal kupic gotowe zestawy pt: "Zostan punkiem - zrob to sam". Gdyby JOE STRUMMER jeszcze zyl i gdyby widzial co sie dzieje z punkiem w dzisiejszych czasach, to kto wie czy nie wyrzeklby sie sceny, ktora go stworzyla. Moja opinia na ten temat jest tym wyrazniejsza, ze na dzien nastepny wybralem sie na punkowy koncert na squot. Dodam, ze byl to prawdziwie punkowy koncert. Roznice byly widoczne w kazdym calu, w kazdym aspekcie. Miejscowka mala, niepozorna i co do duzo mowic - obskorna. Publike stanowila garstka ludzi wygladajacych tak jakby zalozyli to co akurat mieli pod reka, bez lansu i gadzeciarstwa. Zagraly 4 kapele, w tym jedna z Malezji. Zaden z zespolow nie napinal sie i wszystko bylo bardzo szczere i naturalne. Zupelnie takie jakie pamietam ze swoich poczatkow. Nikt nie musial byc ladny, nikt nie musial grac idealnie rowno i spiewac czysto, by chciano go sluchac. Pomiedzy kawalkami jeden z czlonkow zespolu wspomnial cos o kwestiach spoleczno-politycznych. Publika nagrodzila go aplazuem. Czy cos takiego mialoby miejsce na koncercie zepsolu, ktory kiedys uwazal sie za hardcore'owy? Nie ma mowy. Wokalista AVENGED SEVENFOLD wyszedl na scene odstawiony tak zeby nastolatki mialy do kogo wzdychac, a kazda jego poza byla sztuczna i wykalkulowana. Trzeba przyznac, ze potrafi spiewac, ale co z tego skoro mu nie wierze. I nawet ATREYU, ktore naprawde fajnie wypadlo zarowno muzycznie jak i wizualnie, wydawalo sie byc zmanipulowane panujacymi trendami. A za co wokalista ATREYU otrzymal owacje? Wcale nie za wyrazenie postawy anty-narkotykowej. Wystarczylo ze zdjal koszulke i pokazal swoje umiesnione i wydziabane cialo. Jeszcze tylko szybujacych stanikow i majtek brakowalo. Zenada! I te dzieciaki nazywaja sie hardcore?! Gowno prawda! Zdaje sobie sprawe, ze srednia wieku byla niska i znow czulem sie jak stary wiarus z niemodna fryzura na palke, ale czy mlody wiek ma byc wystarczajacym usprawiedliwniem dla nich? Te dzieciaki wychowane sa na pseudo punku z MTV i nie znaja genezy ani esencji ruchu. Utopia jest wymagac by kazdy zalogant znal i lubil DEAD KENNEDYS, ale jesli wydaje mu sie ze punk polega na irokezie, pasku z cwiekami i drogich skate'owych butach, to najwyzsza pora uswiadomic go, ze jest ignorantem i w niczym nie rozni sie od wymuskanej nastolatki w rozowych ciuchach z blyszczykiem na ustach, ktora slucha BRITNEY SPEARS. Jest tylko przecietnym dzieciakiem, bezmyslnym konsumentem, ktory jak reszta podarza za moda i tym co lansuja media. Do glowy przychodzi mi cytat z pewnej pisoneki FUGAZI: "Niewazne co sprzedajesz, ale co kupujesz". Amen.

Working class hero


Link 15.04.2008 :: 13:40 Komentuj (1)
Zniechecony bezowocnymi poszukiwaniami pracy w zawodzie, lub chociazby w pochodnej profesji, postanowilem poszukac czegos... hmm... nie bede sciemniac, poszukac czegos mniej ambitnego, fizycznego, czegos co jednak zapewniloby mi stale zrodlo dochodu. Taka praca tutaj nie ma tak zlej renomy jak w Polsce. Poza tym jak sie nie ma zadnej roboty, to renome ma sie gleboko w powazaniu. Wyslalem wiele ofert i poskutkowalo, dlugo czekac na odpowiedz nie musialem. Zadzwonili do mnie z firmy YELLO BRANDS zebym przyszedl na spotkanie. Na spotkaniu rozmawialem z szefem, Amerykaninem i musialem zrobic dobre wrazenie, bo juz tego samego dnia oddzwonil i zaproponowal mi posade na pol etatu z ubezpieczeniem. Czyz "cleaner" nie brzmi znacznie lepiej niz "sprzatacz"? Whatever. Jakby na to nie spojrzec, do moich obowiazkow nalezy dokladnie to samo jakbym byl sprzataczem w Polsce, czyli utrzymywanie miejsca pracy (w tym wypadku dwu-poziomowego biura) w czystosci. Zarobki srednie, zadna rewelacja, ale tez za taka prace zadna hanba. Zaczynam o 7.00, wiec zeby byc na czas musze wstawac o 5.30. Auc! Pracuje tam 4 dni w tygodniu po 5 godzin, wiec po 12.00 jestem wolny i moge ten czas poswiecic na inna prace, collage, lub odpoczynek, ktorego ostatnio mi bardzo brakuje. Przez ostatni miesiac, czyli mniej wiecej przez okres kiedy pracuje w YELLO, zaraz po pracy uderzam do drugiej dorywczej pracy dla ENERGY - Exhibition Service, czyli budowanie standow i elementow wystawienniczych. Upraszczajac; miotle i sciere zamieniam na wiertarke i mlotek. Bywalo tak, ze pracowalem lacznie po 15 godzin dziennie, wstawalem wczesnie rano, wracalem okolo polnocy, 4-5 godzin snu i nastepnego dnia ten sam scenariusz. W ciagu miesiaca moze mialem 3 dni wolne od szkoly i jakiejkolwiek pracy. Efektem takiego kieratu jest moje nieustanne zmeczenie i sennosc, a z bardziej widocznych objawow, spadek wagi do 70 kg! Dodam ze przed wyjazdem wazylem okolo 83 kg i od czasu przybycia moja waga sukcesywnie spada. Nic dziwnego, skoro juz prawie 9 miesiecy nie cwicze, a jak dodac do tego niewyspanie i nizsza odzywczosc posilkow, to faktycznie taki wyjazd jest doskonalym srodkiem odchudzajacym.

Gdybym mial tak na szybko przeanalizowac swoja prace w Sydney, to okazaloby sie ze doswiadczylem tu wiecej niz przez prawie 30 lat mieszkajac w Polsce. Moja pierwsza praca tutaj byla pomoc u kafelkarza. Praca ciezka fizycznie ale prosta, bo chlodzilo glownie o dzwiganie niezliczonej liczby kafelkow. Potem przez 2 tygodnie po nocy malowalem sufity w podziemnym parkingu dla Ukraincow. Fizycznie praca mniej wyczerpujaca, ale pora nieprzyzwoita, no i jezyk ukrainski ranil me uszy. Przez 5 tygodni malowalem polskie bombki w centrum handlowym, czyli wielogodzinny bezruch i romans z brokatem. Masakra! Przez tydzien mordowalem sie dla Australijczyka macedonskiego pochodzenia przy budowie wilii. Bywaly ciezkie momenty, ale przetrwalem. Raz kopalem tez rowy i byla to jedna z najciezszych robot z jakimi kiedykolwiek sie zmagalem, a z pewnoscia najbrudniejsza. Kilka razy mialem jakies zlecenia rysunkowe, ale w sumie nic powaznego. Na razie najwiecej doswiadczenia zdobylem w pracy przy montazu stoisk wystawienniczych i moja wiedza na temat utrzymywania czystosci w pomieszczeniach biurowych tez nieustannie wzrasta. Moze za jakis czas po ukonczeniu collage'u, popracuje troche jako trener osobisty, albo przynajmniej jako instruktor na silowni. Wtedy moje doswiadczenie byloby naprawde szerokie. Ale czy imponujace? Nie powiedzialbym. Przeciez nie po to konczylem ASP zeby teraz biegac z wiertarka lub mopem. Ale jak ktos kiedys powiedzial, "w kazdym zawodzie jest okres kiedy trzeba jesc szmate" i chyba wlasnie teraz probuje jak ona smakuje. Zastanawiam sie tylko jak dlugo jeszcze moje menu bedzie tak wygladalo.

Zycie jest przewrotne. YELLO jest firma zajmujaca sie wizerunkiem firm, glownie od strony wizualnej, choc nie tylko, bo sa odpowiedzialni za cale kampanie reklamowe, ktore sa sprawa bardzo zlozona i w ktorych chodzi o cos wiecej niz o grafike. Do ich klientow miedzy innymi naleza: Vodafone, Arnott's Biscuits, Sunbeam Electrical, Westpac, Yates czy KFC. Zatrudniaja okolo 50 osob, z czego wielu z nich to graficy projektowi. I w tym wlasnie tkwi przewrotnosc zycia. Przez rok w Polsce pracowalem w firmie graficznej i bedac tutaj ponownie trafilem do firmy graficznej, ale zycie zdegradowalo mnie do pozycji sprzatacza. To wlasnie to przyslowiowe "jedzenie szmaty". Jednak YELLO bardzo szybko poznalo sie na moich zdolnosciach (i wcale nie chodzi tu o moje umiejetnosci czyszczenia) i moja strona internetowa wertowana byla przez wielu pracownikow YELLO. Nawet kilka razy pomoglem rysunkowo w jakims zleceniu. Nawiazalem tez przez to kilka cennych i zarazem sympatycznych znajomosci, ktore mam nadzieje wywinduja mnie nico wyzej. Poki co, krocze twardo po ziemi i nie musze zparzatc sobie glowy takimi sprawami jak kompozycja czy kreska.

Jak w pracy jade mopem lub miotla po podlodze, to czasami przed oczami staje mi Billy Blanks, czarnoskory amerykanski aktor, guru fitness i wynalazca Tae Bo (kombinacja tae-kwon-do oraz boksu). Pamietam go z jednego filmu, w ktorym gral woznego i ktorego pewne okolicznosci zmusily do ujawnienia swych niezwyklych umiejetnosci w praniu zbirow. Ze mnie zaden bohater, a juz na pewno zaden zabijaka, ale jak tak macham miotla to widze Billy'ego w akcji. Zazwyczaj chwile pozniej przywoluje w pamieci innego bohatera, tym razem Eddie Murphy'ego z filmu "Ksiaze w Nowym Jorku", ktory tez odgrywal role zamiatacza i w jednej scenie powalil zbira (Samuel L. Jackson) wlasnie przy uzyciu miotly. No prosze z jakim wielofunkcyjnym przyrzadem przyszlo mi pracowac. Chyba powinienem byc wdzieczny losowi ze ozenil mnie z miotla i zyc nadzieja, ze pewnego dnia bede mogl sie wykazac jako bohater i obronic grafikow YELLO przed jakims napastnikiem. Poki co, musze zyc ta wizja i wykonywac swoja prace jak dotad. Zanim zaczna mowic na mnie "hero", wciaz beda mowic "Paul", czyli ten Polaczek co sie krzata w kuchni ze sciera.

Ktos: Paul, prosze odkurz prysznic.
Ja: To prosze, kup mi odkurzacz.
Nastepnego dnia okurzacz juz byl do mojej dyspozycji.


Zmywanie naczyn to jedna z moich ulubionych czynnosci w pracy.


Parkiet to moj zywiol.


Załóż bloga

Archiwum

2010
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień

Kategorie

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Concepts.pl