-
Well, fuck you too Australia! 31.08.2010 :: 14:23
1 wrzesien 2010 oznacza, ze juz 3 lata w Australii mieszkam. Ani mniej ani wiecej. Jednak nie jestem przekonany czy okreslenie "mieszkam" jest tu najtrafniejsze. Bo jak tu mowic o mieszkaniu, skoro nasza sytuacja wciaz jest niejasna i plynna. Gdyby nasze losy na Antypodach potoczyly tak jak zakladalismy, z pewnoscia bylaby inna rozmowa. Otoz, okazalo sie ze nasze wielkie plany emigracyjne musialy ulec w konfrontacji z nowymi imigracyjnymi przepisami, zaostrzonymi dodatkwo przez globalny kryzys gospodarczy. By przypomniec, zakladalismy opcje zmiany naszej wizy na tzw. Skill Graduate, ktora ulatwilaby nam znacznie otrzymanie rezydentury, a takze skrocila czas na jej oczekiwanie. Niestety, kochana Australia postanowila nam (i setkom innych nieszczesnikow wyczekujacych swej szansy na upragniona wize) wyciac numerek, redukujac liste punktowanych zawodow z 400 na 180 i usuwajac tym samym zawod tlumacza, ktory byl nasza jedyna nadzieja. Oznacza to tez ze 2,5 roczne studia turystyczne Sylwii byly ukonczone na prozno, bo z posiadania dyplomu tejze uczelni nie plynie juz zadna korzysc. Nawet marny z niego pozytek na scianie. Po kilku konsultacjach prawnikami, zostalismy twardo sprowadzeni na ziemie co do naszych szans. Doradzono nam poszukanie pracodawcy, ktory zaoferuje sponsoring i najlepiej przeprowadzke na outback, gdzie ponoc latwiej to osiagnac. Kontynuowanie studiowania tez wchodzilo w rachube, ale zaden z prawnikow nie mogl nam zagwarantowac, ze w przeciagu najblizszych lat nie nastapi kolejna redukcja zawodow. I faktycznie juz nic nas w tej kwestii nie zdziwi. Australia chyba od zawsze poszukiwala nauczycieli, a teraz z listy zniknal nawet nauczyciel podstawowki! Pozostali nauczyciele jeszcze zostali, ale kto wie jaki spotka ich los w przyszlosci. Nie baczac na malo pozytywne perspektywy i na wielki srodkowy palec wyciagniety w nasza strone ze strony Australii, postanowilismy wyjsc na przeciw wyzwaniu i zaryzykowac. Sylwia w trybie natychmiastowym zlozyla papiery na jeden z uniwersytetow, ktory oferuje 2,5 roczne kursy nauczycielskie. Potem bedzie mogla podjac prace w zlobku, przedszkolu lub szkole podstawowej. Mamy nadzieje, ze polaczenie edukacji z Polski wraz z ta nabyta tutaj, wystraczy by dostala Skill Graduate, a potem rezydenture. Oczywiscie sposnoring tez by pomogl, ale my juz wiemy jak trudno jest to osiagnac.
Teraz moj codzienny widok zanim w mroku zmruze oczy, to widok Sylwii jak wkuwa przy biurku w swietle lampki. Musze przyznac, ze podziwiam ja za wyilek, ktory wklada w nauke. Jest jednym z kilku nielicznych obcokrajowcow na wydziale, ale ani troche nie odstaje od reszty. Oczywiscie musi wlozyc dwa razy wiecej pracy niz przecietna Australijka, ale z powodzeniem daje rade. Jednak jest ciezko. I to bardzo. Zaledwie po 2 tygodniach od rozpoczecia nauki, juz miala pierwszy esej do napisania, ktory rozpoczal lawine kolejnych. I ciagle jest cos do wkucia, przeczytania lub napisania. Nie ma wytchnienia... az do 2 lub 3 w nocy, kiedy decyduje sie polozyc spac. Nadchodzaca w listopadzie trzy-miesieczna przerwa tylko teoretycznie oznaczac moze wiecej czasu. Koszt studiow, zmusi Sylwie do podjecia dodatkowej pracy. Nawet dzielac koszty na dwoje, nie bedzie latwo, gdyz University Of Western Sydney to juz nie zadna zalosna szkolka dla zagranicznych studentow, ale uczelnia z prawdziwego zdarzenia. Generalnie koszt studiowania na uniwersytecie przez osoba bedaca z obcego kraju, uzmyslowil nam jaka z Australii pijawka. Koszt jest o dwa razy wyzszy i nie przysluguja absolutnie zadne znizki. Ale jest to cena jaka musimy poniec, by moc tu kiedys zyc bez martwienia sie o jakiekilwiek wizy. Zatem, droga Australio, rzucasz nam klody pod nogi, ale jeszcze nie predko sie nas stad pozbedziesz!
Korzystajac z okazji, najgoretsze zyczenia urodzinowe dla mojego taty, ktory 1 wrzesnia ochodzi 64 urodziny! Wciaz sie swietnie sie trzymasz! Nie moge sie doczekac kiedy sie znow zobaczymy i posilujemy na rece! Wiem, ze nie bedzie latwo. -
Skok 21.03.2010 :: 03:06
Moje zycie jest dosyc uporzadkowane, poukladane i zaplanowane. Niezmiernie rzadko miewam okazje by poruszyc sie emocjonalnie. Czy kiedykolwiek doswiadczyliscie w zyciu takiego zastrzyku adrenaliny, po ktorym dochodziliscie do siebie kilka godzin? Ja juz tak. A gdy bylo juz po wszystkim, wciaz czulem gniecenie w zoladku i wewnetrzne poruszenie jakie zazwyczaj towarzyszy tuz przed.
Ale od poczatku. 30 stycznia w 30-te urodziny Sylwii, pojechalismy do odleglego Wollongong by wykonac nasz wymarzony skok spadochronowy. Niestety z powodu niekorzystnych warunkow pogodowych, wszystkie skoki tego dnia zostaly odwolane. Nasze rozczarowanie bylo ogromne, ale nie pozostalo nam nic innego jak pogodzic sie z tym faktem i przelozyc skok na inny termin. I wlasnie wczoraj, 19 marca wykonalismy ow skok. Coz moge powiedziec... Wow! Siedzac w samolocie i wznoszac sie w powietrze, poczuc mozna stopniowy wzrost adrenaliny, ale jest w tym tez sporo niedowierzania. Sa tez wyorbrazenia jak to bedzie, nie poparte jednak zadnym doswiadczeniem, bo przeciez skoku ze spadochronu nie da sie porownac do niczego co robimy w ciagu dnia. Przypadkiem wyszlo, ze Sylwia byla pierwsza w kolejce do skoku. Przypieta ciasno plecami do instruktora, siedzaca na kucka tuz przy krawedzi otworu z ktorego straszyla biala otchlan. Patrzac jak Sylwia znika w tej otchalni, wiedzialem ze juz nie ma odwrotu. Poczulem podniecenie ze tuz zaraz (bylem piaty w kolejce) sam przekonam sie jak to jest. W glowie szybuja pytania. Czy wszystkie pasy sa solidnie zapiete? Czy isntruktor nie nawali? Czy jest to cos co czuje samobojca przez skokiem z wiezowca? Ale jednak nie ma strachu. Jest lekkie podenerwowanie, ale to nie strach. Poza tym wszystko dzieje sie tak szybko, ze nawet nie ma czasu na glebsza analize sytuacji i po prostu nie ma czasu sie bac. Gdy czwarta para wypadla juz z samolotu, przesunalem sie nad przepasc i wywiesilem nogi z samolotu. Pod nami 14,000 stop, czyli okolo 4267,2 m. Odchylilem glowe do tylu, a moje dlonie zacisnely sie na uprzezy. Siedzialem tak sekunde, moze dwie i... przepadlem. Poczulem silne szarpniecie w dol, jak gdyby jakies tornado wsysalo mnie wglab. Gdy po kilku sekundach otworzylem oczy, powoli nabieralem pewnosci ze wszystko jest pod kontrola instruktora. Ponoc spadalismy z predkoscia 200 km/h i z pewnoscia dalo sie to odczuc. Ped powietrza deformowal twarz i slychac bylo chaotyczne furkotanie ubrania. Szczerze mowiac, bol w uszach z powodu zmiany cisnienia, byl jedyna przeszkoda w calkowitym delektowaniu sie skokiem. Trwa to wszystko dosyc szybko. A poniewaz dynamika wolnego spadania (trwajaca ok. 60 sekund) jest spora, plus emocje i adrenalina, trudno nawet podziwiac niesamowite widoki. A wierzcie ze byly naprawde zdumiewajace. Bezkresny turkus znikajacy w mglistym horyzoncie, poszarpane brzegi ladu, poprzecinane bialymi piaskami, setki miniatrurowych domkow z blekitnymi owalami (basenami), oraz szara siatka drog na ktorych przemieszczaly sie lsniace kolorowe pojazdy. W pewnym momencie zatrzeslo mna i szarpnelo nagle w gore. Byl to znak ze instruktor otworzyl spadochron i wolne spadanie skonczylo sie. Pozwolil mi posterowac spadochronem, mowiac mi ktora reka mam ciagnac w dol. Phi, bulka z maslem. Instruktor powiedzial: "patrz, tam jest Twoja dziewczyna" i spojrzalem pod siebie, widzac spadochron zblizajacy sie ku ziemi. Poczulem ulge. Ta cala wszechogarniajaca miniaturkowosc stopniowo powiekszala swoja kubature. Zanim wyladowalismy, przecwiczylem jeszcze manewr ladowania z nogami podniesionymi do gory, a na znak "stand" mialem je wyprostowac i biec ile sil w nogach. I tak sie tez stalo. Ladowanie okazalo sie byc zaskakujaco latwe. Gdy wreszcie stanalem i odpialem uprzaz, ledwo moglem skelcic zdanie z powodu emocji. Zrobilem to!
Wykupilismy z Sylwia pakiet z DVD utrwalajacy caly nasz skok. Zamiast $260 kosztowalo to az $400 (na osobe), ale juz teraz wiemy ze warto miec taka pamiatke. Za kazdym razem gdy ogladam filmik, czy nawet zdjecia, moja ekscytacja powraca i przezywam to wszystko raz jeszcze. Szczerze polecam taki skok. Nie mniej wiem tez, ze nie dla kazdego byloby to wskazane. Ludzie strachliwi o slabych nerwach, nie wspominajac juz o tych z lekiem wysokosci lub przestrzeni, powinni raczej odpuscic sobie ta rozrywke i pozostac przy pasjansie i szachach.



-
I co dalej Australio? 07.03.2010 :: 11:49
Gdyby nie fakt, ze po roku pobytu w Australii zmienilem swoja wize na tzw. student dependent visa, to za tydzien (15 marca) musialbym sie stad ewakuowac. Zmiana wizy wydluza moj pobyt tutaj o pol roku (gdyz Sylwii wiza byla na 3 lata), ale jesli sadzicie ze mi to wystarczy, to jestescie w bledzie. Obiecalismy sobie z Sylwia zajac sie wizowymi sprawami w nowym roku i tak sie tez stalo. Jednak nie mialem zludzen co do tego, ze nie mam najmniejszych szans na wlasna rezydenture, bo moja edukacja w Polsce nie miala ciaglosci tutaj. A gdybym chcial uczeszczac do artystycznej szkoly w Australii, musialbym byc synem milionera. Zatem w Sywlii cala nadzieja. W jej wypadku stutacja prezentuje sie nieco bardziej optymistycznie, choc nie az tak znowu rozowo. Nasz wczesniejszy plan na rezydenture byl nastepujacy: Sylwia konczy swoja szkole turystyczna i aplikuje o skilled graduate visa. Gdy ja dostaje, ja znowu przechodze na jej wize i... ta-daaa! Oboje mozemy mieszkac i pracowac tutaj ile sie nam podoba. Niestety jej zawod zostal zniesiony z listy emigracyjnej, co wymusilo na nas plan awaryjny. Po konsultacji u prawnika, okazalo sie ze jest sposob na to by dostac rezydenture. Sklada sie z 3 warunkow: 1 - Sylwia musi ukonczyc szkole, co jest akurat formalnoscia, gdyz jest prymusem i jest juz na polmetku. 2 - musi zdac egzamin z angielskiego IELTS na conajmniej 7.0. To trudny egzamin, ale powinna go zdac na luzie, gdyz zdolna z niej bestia. I wreszcie 3 - zdac egzamin na tlumacza. Jest to niewarygodnie trudne przedsiewziecie i ponoc co najwyzej 20% go zdaje. Zdarza sie ze nie zdaja go nawet Australijczycy, Amerykanie i Anglicy. Jakby tego bylo malo, odwolali kurs przygotowawczy dla tlumaczy z powodu niskiej ilosci zainteresowanych. Teraz Sylwia bedzie musiala samodzielnie zmierzyc sie z tym karkolomnym zadaniem. Mozna skwitowac, ze nasza najblizsza przyszlosc zalezy teraz od wlasnie tych egzaminow. Slowem, zalezy od Sylwii. Jak widadomo, szczescie dzielone z kims to podwojne szczescie, a smutek dzielony z kims to polowa smutku. Niestety w tym wypadku to brzemie Sylwia bedzie musialadzwigac sama. Szkoda, bo chcialbym czuc sie pomocny i miec swoj udzial w tym jakze waznym dla nas przelomie. Jedyne co moge zrobic to ja dopingowac, rozpieszczac od czasu do czasu, ale tez po prostu nie wchodzic w droge.
Rozsadek podpowiada by przygotowac sie na wypadek gdyby Sylwia nie zdala ktoregos z tych egzaminow. Opcja jest jeszcze bardziej kosztowna i niestety rozciagnieta w czasie o kolejne 3 lata. Oznacza to dla nas, ze bedziemy musieli przedluzyc nasza obecna studencka wize i Sylwia pojdzie na uniwersytet kontynuowac swoja turystyke. I po 6 latach pobytu w Australii i dyplomie z turystyki, rezydentura powinna juz byc formalnoscia. Przynajmniej z obecnej perspektywy tak sie nam wydaje. Australia tez odczuwa pietno globalnego kryzysu gospodarczego i otrzymywanie upragnionych wiz jest z kazdym miesiacem coraz trudniejsze. Dlatego trzmajcie kciuki za nas... a raczej za Sylwie, by udalo sie jej za pierwszym razem. -
Soundwave Festival 2010 06.03.2010 :: 12:36
W poprzednim roku nie udalo mi sie wybrac na Soundwave Festival, wiec ominelo mnie kilka ciekawych wystepow, np: BILLY TALENT, UNDEROATH, UNEARTH, HORSE THE BAND, LESS THAN JAKE i gwiazda festiwalu - NINE INCH NAILS. W tym roku sklad byl nie mniej ciekawy, ale glownie za sprawa jednej kapeli krew mi zawrzala i juz wiedzialem, ze stane na rzesach zeby tam byc. Tym powodem bylo FAITH NO MORE, zespol ktory spowodowal, ze przestalem intersowac sie plastikowymi wytworami wielkich koncernow muzycznych typu NEW KIDS ON THE BLOCK. Zespol w dzwiekach ktorego zakochalem sie od pierwszego przesluchania plyty. I oto teraz, po ponad 11 rozlaki znow zjednoczyli swe sily by wreszcie spelnic moje kolejne marzenie. Czy tak sie stalo, o tym pozniej.
W tym roku jak i w poprzednim, miejscem festiwalu byl tor wyscigowy w Eastern Creek, ponad 40 km od miasta. Pokonywanie olbrzymich przestrzeni tej miejscowki okazalo sie byc nie lada wyczynem, dodatkowo potegowanym przez zar z nieba. Pod kazda z 6 scen napieraly tlumy ludzi, a pomiedzy nimi kurz... i tez tlumy. Z pewnoscia nie bylo to miejsce dla panius w szpilkach (choc i takie przypadki tez tam widzialem). Sposrod 48 kapel, musialem wybrac te na ktorych najbardziej mi zalezalo. Pierwszy wybor padl na IT DIES TODAY, hc/metal z Buffalo, NY. Slowem moc. Dalej, ROLO TOMASSI z Anglii, ktorzy momentami wyraznie kierowali sie w strone kliamtow HORSE THE BAND. Ale zainteresowanie budzili glownie za sprawa drobniutkiej wokalistki, z ktorej trzewi wydzieraly sie zdzierane dzwieki. Wyczekiwalem wystepu GALLOWS i nie zawiodlem sie. Ryzy wokalista juz w pierwszej minucie rzucil sie ze sceny w tlum, zwiastujac energetyczny wystep. Zdecydowanie jeden z mocniejszych punktow tegorocznego festiwalu. Potem BARONESS. Ciekawa muza ale chyba bardziej do sluchania z plyty niz na koncercie, gdyz dlugowlosa publika zgormadzona pod scena tylko stala i sluchala. Nastepnie poczlapalem na duza scene by zobaczyc TAKING BACK SUNDAY, ale natezenie ludzi w promieniu kilometra zniechecilo mnie do blizszej asimilacji z kapela. Zatem zawrocilem by zobaczyc choc kawalek wystepu SET YOUR GOALS. Zaskoczony bylem na plus i chetnie sprawdze ten band przy nastepnej okazji. ISIS, czyli znow cos bardziej do podcinania zyl w domowym zaciszu niz do wierzgania pod scena. Potem przystanalem by przyjrzec sie EMAROSA, ale pozalowalem tych 5 minut. 2 lata temu na tym festiwalu mialem okazje doswiadczyc potegi ALEXISONFIRE, wiec i w tym roku nie moglem sobie ich odpuscic. Dlugi czas wyczekiwania wydawal sie nie do zniesienia, ale gdy tylko weszli na scene, tlum tak mocno uderzyl na przod, ze ludzie mdleli i plakali z bolu. Zwlaszcze te mlode dziewczyny co to dopiero nauczyly sie bluzcic i pic piwo. Jesli ja myslalem ze zejde z tego swiata z potwornego ucisku na kazda czesc mojego ciala, nie wyobrazam sobie jakie pieklo one musialy przezywac. Nie pozostalo mi nic innego jak ulotnic sie z tej maglownicy. Zmiana sceny i znow Kanadole. Tym razem COMEBACK KID, ktorych mialem okazje widziec juz 2 razy wczesniej. 100% hardcore, moc i energia. Dalej, GLASSJAW z Darylem Palumbo, ktory powala wokalnie w HEAD AUTOMATICA. Tu jednak o wiele mniej melodii, wiecej pazura, polaman rytmicznych i generalnie mniej strawnie. Na rozluznienie klimatow zaraz potem na scene wskoczylo REEL BIG FISH, czyli czolowka trzeciej fali ska. Zgodnie z oczekiwaniami bylo zabawnie i skocznie. Z bolem serca musialem sie urwac z ich wystepu, gdyz spieszyc musialem na AFI. Obsuwa spowodowala, ze przy okazji zobaczylem PLACEBO. AFI - super! Jednak jest cos w Davey Havoc'u co mnie irytuje i powoduje, ze odbieram go za pozera. Nie mniej zarowno jego glos, jak i cala kapela, na zywo sprawdzaja sie znakomicie. THE AQUABATS moze nie sa bardzo odkrywczy w rejonach ska/punk, ale poczucia humoru nie mozna im odmowic. Niebieskie wdzianka z lycry, gumowe czepki i gogle, oraz wymalowane wasy. Nastepnie pospiesznie udalem sie pod dwie najwieksze sceny by zobaczyc wyczekiwane FAITH NO MORE. Niestety ludzi bylo takie zageszczenie, ze zaniechalem rozpychania sie lokciami by zrobic sobie przejscie pod scene, by potem znow byc niemilosernie miazdzonym. Stanalem wiec w znacznej odleglosci by cokolwiek widziec i zeby dzwiek byl optymalnie dobry. Akurat produkowalo sie JANE'S ADDICTION. Potem wynudzilem sie na JIMMY EATS WORLD, ktorzy meczyli bule jak malo kto do tej pory. A moze jestem niesprawiedliwy i po prostu nie moglem sie doczekac wystepu wieczoru. Wreszcie na scene weszlo 5 kolesi w garniakach. Nie bylo watpliwosci ze ten w zlotym to mocarny Mike Patton. Ku zaskoczeniu wyczlapal na scene o lasce. Czyzby wypadek? A moze to tylko sceniczny wizerunek? Przywitali nowym kawalkiem "Reunited" ktory z miejsca wpadl mi w ucho. Tuz po nim, stalo sie jasne ze laska byla tylko rekwizytem, gdyz Patton w charakterystycznym dla siebie stylu zaczal sie w spazmach rzucac i wypluwac nieartykuowane dzwieki. Kazdy kawalek byl jak prezent na Gwiazdke. Ani jednej wpadki, ani jednego falszywego dzwieku. Wszystko bylo idealne. I oczywiscie bas Billego grzmial jak armata, zwlaszcza gdy strzlal z kciuka. Zawsze wiedzialem ze sa wielcy, ale dopiero teraz nabralem pewnosci. I jeszcze jedna mysl mnie wtedy nawiedzila. Moze NOMEANSNO jest moja ulubiona kapela wszechczasow zajmujac tron w moim sercu, ale to FAITH NO MORE jest najwieksza kapela na swiecie i basta!
Frank Carter z GALLOWS

Davey Havoc z AFI
THE AQUABATS

-
We Wish You A Merry Christmas 18.01.2010 :: 01:14
W tym roku postanowilem nie wysylac tysiaca zyczen swiatecznych w e-mailach, sms-ach i innego typu wiadmosciach. Bunt! W tym roku wpadlem na pomysl zrobienia krotkiego klipu z zyczeniami, dla wszystkich tych ktorzy maja dostep do interneru. Niezaleznie od tego czy sa to znajomi w Polsce czy Australii, kazdy widziec i slyszec bedzie to samo. I czy odebrane to bedzie za przejaw kreatywnosci czy moze pojscia na latwizne, nie dbam o to. Majac tak wielu znajomych i niezywkle rozlegla rodzine, nie sposob do kazdego z osobna wyslac zyczen. No chyba ze sie nie pracuje na miesiac przed swietami, ale w tym roku znow ten komfort nie przytrafil mi sie.
Konczac temat zyczen, dodac moge tylko jedno; zapraszam do sprawdzenia klipu w ponizszym linku:
http://www.youtube.com/watch?v=rWyzlrRtuTU
-
Podsumowanie 3 01.09.2009 :: 15:37
1-szego wrzesnia, dokladnie dwa lata temu wyladowalem na lotnisku w Sydney. Wszyscy ostrzegali, ze jak wpadne w tutejszy kierat praca-szkola-dom, to czas mi uplynie blyskawicznie. Faktycznie. Czasami nawet nie mam czasu sie zastanowic. Z drugiej strony gdy przegladam zdjecia z naszych pierwszych tygodni, to mam swiadomosc ze byly to bardzo odlegle czasy. Kazdy spacer po ulicach Sydney byl procesja zachwytu. Tyle bylo do odkrycia, zobaczenia. Nie potrzebowalem duzo czasu zeby sie oswoic. Wszystkie opowiesci o "przestawieniu sie" na tryb australijski, od samego poczatku wydawaly mi sie mityczne, gdyz niemal od razu czulem sie tu jak u siebie. Pomimo, ze jestem tu "dopiero" dwa lata i wcale nie jestem blizej rezydentury niz wtedy, to jednak przejawiam do Sydney wielki sentyment, cos na ksztalt patriotyzmu lokalnego. Od urodzenia do 30 roku zycia mieszkalem w Lodzi. Teraz moim miastem jest Sydney. I choc samo miasto nie wzbudza juz we mnie zaskoczenia, to wciaz cieszy i ani troche nie nuzy.
1-szego wrzesnia, dokladnie dwa lata temu wyladowalem tu z obietnica lepszego jutra. Lepszego dla siebie i dla swojej nazeczonej. Czas ten przeanalizowac mozna na rozne sposoby. Niewatpliwie sa dwie strony, jednak w zaleznosci od perspektywy, moze byc wiecej plusow lub minusow. Wole jednak przychylic sie ku bardziej optymistycznej analizie. Jestem w pieknym kraju, w ktorym moge hasac przez 9 miesiecy w szortach (a kto mnie zna, wie jakie to dla mnie istotne), bo pogoda zazwyczaj rozpieszcza. Miasto oferuje mi caly swoj wielkomiejski anturaz, ktory tak cenie, plus setki innych rzeczy, ktorych pozbawiony bylem mieszkajac w Lodzi. W zasiegu od kilku do kilkudziesieciu kilometrow mam do dyspozycji okolo 70 plaz. Mam tu tez swoja mala tworcza oaze w postaci studia Watermark, do ktorego czesto przychodze zglebiac tajniki ilustracji.
Niektorym pewnie przychodzi do glowy, ze sie marnuje pracujac tu jako cleaner. Rzeczywiscie latwo o taki osad. Sam czasem dziwie sie samemu sobie. Ale przeciez nie od razu Rzym zbudowano. Wielu imigrantow, ktorzy teraz moga o sobie powiedziec, ze sa "ustawieni", tez zaczynalo od sciery, mlotka lub pedzla. Oczywiscie to frustruje, zwlaszcza absolwentow uczelni, ale taka jest naturalna kolej rzeczy. Poza tym jest to najprostszy sposob by nabrac szacunku do pracy, pieniadza i by nauczyc sie samodzielnosci. Jasne, pracuje ze sciera juz poltora roku, ale dzieki temu moge oplacic rachunki, wiec to nie moze byc nic zlego. Gdy jeszcze pracowalem troche na budowach, zafundowalem sobie wakacje zycia w postaci podrozy statkiem po wyspach Pacyfiku. Nie przymieram glodem, ciuchow mam wiecej niz potrzebuje, chodze na koncerty, do kina, a czasem do restauracji. I choc nie mam oszczednosci, to daje rade. Zadacie pytanie "a gdzie Twoja ambicja Pawle?" Spokojnie. Moja ambicja ma sie dobrze. Dzieki niej stalem sie ilustratorem freelancer'em. Dzieki niej ciagle rozwijam sie w fachu, zdobywam doswiadczenia i co troche nowe zlecenia. Dzieki niej zasililem szeregi preznie dzialajacej australijskiej agencji ilustratorow Jacky Winter Group. Czy sa jeszcze jakies watpliwosci odnosnie mojej ambicji?
A co z Sylwia? Po powrocie Sylwii z wakacji, nasze drogi znow sie spotkaly. Lecz tym razem bylo troche inaczej niz przez ostatnie pol roku wypelnionego cieprieniem. Miedzy nami bylo jakos cieplej, milej i przyjazniej. Ta niejasna sytuacja wymusila pytania "co dalej?", "w ktora strone?". Jednak echem tych pytan nie byly odpowiedzi, lecz wahania. Uczucie przeciwko rozsadkowi. Porzadanie kontra honor. Ale nie moglismy dluzej zyc w tej matnii, wiec... nastapilo definitywne rozstanie. Okazalo sie ze bylo ono tak bolesnie i placzliwie romantyczne, ze odnioslo przeciwny rezonans do zamierzonego. Juz na nastepny dzien, 29 lipca, Sylwia wrocila do mnie. Minal miesiac odkad znow jestesmy razem. Znow jest wspaniale. Zeby nie bylo ze przesladzam, dodam ze klotnie tez bywaja. Zwiazek pelna geba. W kazdym razie uczucie kwitnie i obiecalismy sobie postarac sie nie dac mu sie ulotnic. Ja wiem, wiem, odgrzewane kotlety, dwa razy do tej samej rzeki, bla bla bla... Ale zakladajac ze czlowiek uczy sie na bledach, prawdziwym bledem byloby nie sporobowac. Powrot byl przemyslana decyzji Sylwii. Oboje jestesmy dorosli i oboje tego chcielismy. Kazdy z nas postawil swoje warunki, ktore musimy respektowac. Czas pokaze gdzie nas to zaprowadzi. Ci ktorzy sam nam zyczliwi, nich zycza nam szczescia. Ci ktorzy woleliby by jedno z nas szlag trafil... niech zaparza sobie herbatke z fusow i ida posluchac Ojca Rydzyka.
1-szego wrzesnia, dokladnie 63 lata temu narodzil sie ktos dla mnie szczegolny. Ktos to 32 lata pozniej dal poczatek mojemu istnieniu (oczywiscie przy rownorzednym wkladzie mojej Mamy). Wszystkiego co najlepsze dla mojego Taty! Happy Birthday to Janek!
-
Paul - gwiazda porno 30.06.2009 :: 11:43
Prawie 5 miesiecy minelo od czasu mojego ostatniego wpisu. I oto teraz triumfalnie powracam jako... gwiazda porno! Niemal czuje niedowierzanie i zarazem wzrost cisnienia u co niektorych. Coz, lata mijaja, wiadomo ze nie mlodniejemy, wiec trzeba "korzystac z zycia". Skoro nie moge sie spelnic jako ilustrator, przynajmniej spelniam sie jako... hmm... reproduktor? Domyslam sie ze wsrod czytajaych moga znalezc sie nieliczne osoby, ktore w tej wlasnie chwili przestaja czytac i w oburzeniu odchodza, nie mogac zrozumiec jak taki stateczny chlopiec mogl tak nisko upasc. Coz, ponoc wszystko jest mozliwe. Ale dla tych, ktorzy mimo wszystko zostali - wyjasnienie. Dave Follett, moj znajomy australijski ilustrator z Watermark (wciaz tam namietnie uczeszczam by zglebic tajniki tabletu) ma rece pelne roboty. I to roboty, do ktorej jak najbardziej sie nadaje, czyli robienie komiksow, ilustracji do magazynow i wszelkich innych obrazkow. Jedna z jego cotygodniowych fuch, jest robienie krotkich, obrazkowych historyjek do pisma erotycznego People, ktore wykonuje pod pseudonimem Darcy. Otoz, nieoczekiwanie stalem sie inspiracja do najnowszej historyjki z numerem 170. Gdy to zobaczylem, niesmialo poczulem ze jeden z bohaterow mnie przypomina, ale dopiero po analizie detali nabralem pewnosci ze to ja. Wszystko sie zgadzalo: okulary, wlosy, pseudo bakobrody i koszulka z jakims upiornym motywem. No prawie wszystko. Dave wykazal sie niezwykla szczodroscia dodajac mi conajmniej 10 kg czystej tkanki miesniowej. Nie osmielil sie jednak pokazac mojego wacusia. Szkoda, bo w przyplywie jego chojnosci, w swiat moglaby pojsc fama, ze kwalifikuje sie na afro-amerykanski rozmiar prezerwatyw. Pozostaja domysly.
Ale wrocmy do faktow. Choc wizerunkowo posluzylem Dave'owi za przyklad, to reszta jest fikcja. Kto zna mnie lepiej, wie ze rozwiazlosc seksualna nie jest moim przyjacielem. Dave tez to wiedzial, bo podeslalem mu kiedys linka wyjasniajacego definicje "Straight Edge". No chyba, ze nie odrobil lekcji... W kazdym razie odnajduje w tym element czarnego humoru. Zabawnie jest widziec sie w otoczeniu sterczacych cycuszkow i wibrujacych pupci. Smutne jest jednak to, ze prywatnie ciepri sie na prawie polroczna posuche seksualna. Nie moze byc inaczej, skoro po 5 miesiacach wciaz wspomnienie o przeszlosci boli. Z przykroscia zdaje sobie sprawe, ze jeszcze sporo czasu uplynie zanim Sylwia wyparuje mi calkiem z glowy. A dopoki to nie nastapi, nie jestem gotowy na zaden inny zwiazek i co sie z tym wiaze - spoufalosc.
Ale nie czas teraz na smutki! Czas na seks! Przynajmniej w dwuwymiarze ide jak burza. Patrzcie i uczcie sie!

-
Rozpad PiS 10.02.2009 :: 10:33
Spokojnie, nie bedzie o polityce, przynajmniej nie w powszechnym tego slowa znaczeniu. Bedzie to melodramatyczna opowiesc o Pawle i Sylwii. Beda szlochy i zale, bo nie jest to szczesliwa historia o tym jak zyli dlugo i szczesliwie. Historia, ktora burzy opinie o tym jaka z nas fantastyczna para, oraz potwierdza klatwe par przyjezdzajacych do Australii. Wielokrotnie slyszelismy o tym, ze wszystkie pary predzej czy pozniej tu zrywaja. Powtarzalem, ze my sie nie damy i udowodnimy ze to tylko zly omen, ktoremu wyjdziemy na przeciw. Wyszlismy, ale przegralismy.
Kto zna mnie i Sylwie, wie jak zawsze bardzo sie roznilismy. Ja - rozdarty pasjami takimi jak rysowanie, granie na basie, koszykowka, koncerty itd. Ona - gory, snieg i snowboard. Zawsze tak bylo i oboje bez trudu akceptowalismy swoje zamilowania. Nie sadzilem, ze to one po czesci stana na drodze ku naszemu szczesciu. Moze pozwole sobie na pewna retrospekcje, by ulatwic czytajacym zrozumienie naszej historii.
Sylwie zawsze nosilo. Ma w sobie jakas niczym nieskrepowana nature podrozniczki. Od czasow kiedy zasmakowala "lepszego" zycia w Stanach i po zderzeniu z szara rzeczywistoscia w Polsce, zawsze szukala miejsca w ktore moglaby uciec. Ale zamiast kolejnej ucieczki, pojawilem sie ja i... zakochalismy sie w sobie. Po 3 lub 4 miesiacach bycia razem, Sylwia otrzymala polroczne stypendium w Belgii. Choc nie bylo mi lekko to przyznac, wiedzialem ze nie powinna zaprzepasic takiej szansy. W polowie jej pobytu, odwiedzilem ja tam na tydzien i spedzilismy wspamniale chwile. Dalo mi to sile by przetrwac kolejne miesiace. Po jej poworcie, nasze relacje jeszcze bardziej zaciesnily sie i przybraly na mocy. Wspolne plany, wspolna przyszlosc, slowem nic nie bylo w stanie nas od szczescia odwrocic. Wiadomo ze zycie w Polsce latwe nie jest, a wizja wspolnego mieszkania byla poza naszym zasiegiem. Cierpielismy z tego powodu, ale trzeba bylo zyc dalej probujac jakos zwiazac koniec z koncem, trzymajac sie naszego wspolnego celu. Wreszcie udalo mi sie znalezc prace w firmie graficznej, ktora jak wtedy sadzilem pomoglaby mi rozwinac sie zawodowo. Ale to by bylo na tyle korzysci, gdyz zarabialem grubo ponizej krajowej i wciaz o wynajeciu mieszkania nie bylo mowy. Sylwia zaczela sie niecierpliwic, co automatycznie wylaczylo u niej funkcje "wyjazd". Zaczela szukac czegos na wlasna reke, czego rezultatem bylo znalezienie pracy w Szwajcarii, w otoczeniu swoich wymarzonych Alp. Gdy sie o tym dowiedzialem, poczulem zal i bezsilnosc, bo wszystko juz miala zaplanowane. Nic nie moglem zrobic. Zadne moje argumenty nie byly jej w stanie przed wyjazdem powstrzymac. Jedynym pocieszeniem (aczkolwiek marnym) bylo to, ze to "tylko" 5 miesiecy. Skoro przetrwalismy 6 na poczatku naszego zwiazku, to powinnismy przetrwac 5 bedac juz razem z dluzszym stazem. Jakze sie mylilem. Bardzo szybko zaczely sie problemy. Znalazla raj, w ktorym miala schronienie od wszystkich klopotow w Polsce. W zasiegu reki miala piekne widoki, osniezone gory i deske pod stopami kiedy tylko chciala. Nie chciala wracac. Oddalila sie ode mnie nie tylko fizycznie. Gdy odjezdzala, widzialem ja w szybie autokaru zalana lzami. Cierpiala. Chwile pozniej wyslala mi najslodszego sms-a jakiegokolwiek w zyciu dostalem. Wtedy wiedzialem, ze to jest szczescie jakiego niektorzy szukaja przez cale zycie. A ja to mialem. Wtedy wiedzialem ze przetrwamy, bo nasze uczucie jest silne i prawdziwe. Gdy ujrzalem ja na dworcu po przyjezdzie ze Szwajcarii, nie bylo radosci ani lez wzruszenia. Sylwia wrocila odmieniona. Juz nic nie bylo takie jak dawniej. W jej oczach odnajdywalem tesknote za Alpami, a gdy patrzyla na mnie widzialem obojetnosc. Nie musze chyba przekonywac o tym jakie bylo to bolesne. Kryzysowe sytuacje zaczely pojawiac sie coraz czesciej, przez co kilka razy bylem bliski zerwania. Moze jaja mialem za male zeby to zrobic, a moze po prostu za bardzo ja kochalem zeby poddac sie bez walki. Postanowilem o nas powalczyc. Potwornie duzo wysilku wlozylem by utrzymac nasz wiazek, ale bylo warto. Wkrotce znowu wszystko zaczelo wracac do normy i udalo mi sie wzniecic w niej uczucie po raz kolejny. Nie twierdze ze bylo sielankowo. Oczywiscie klotnie sie zdarzaly, ale zawsze potrafilismy wyjsc z tego zwyciezko ze sztandarem milosci w reku. Zareczylismy sie. Znow bylismy szczesliwi. Doswiadczony trudami rozlaki, potawilem sprawe jasno. Od tej pory nie bylo juz mowy o zadnym wyjezdzie Sylwii w pojedynke na dluzszy czas. Wyjezdzamy razem, albo sie rozstajemy. Nie musialem dlugo czekac by znow zaczelo ja nosic i coraz czesciej slyszec o wyjezdzie. Bylo to na tyle silne, ze zeby utrzymac zwiazek, musialem podjac krytyczna decyzje. Zdecydowalem sie na desperacki krok: rzucilem prace, dom i zlikwidowalem cale swoje oszczednosci zeby tu przybyc i zaczac wszystko od poczatku z kobieta z ktora wiaze przyszlosc. Podejrzewalem ze start w Australii bedzie trudny, ale skoro dzieli sie los z ukochana osoba, nie moglo byc tragicznie. I nie bylo. Swietnie sie nam razem mieszkalo i generalnie wszystko miedzy nami ukladalo sie pomyslnie. Gdy jej tesknota za gorami obudzila sie ponownie, postanowila udac sie na snowboard do Nowej Zelandii. Niecale dwa tygodnie szybko minely i wrocila do mnie cala, zdrowa i szczesliwa. Ale niektorzy chca miec wiecej niz maja. Nie bylo dnia, zebym nie slyszal o gorach i kolejnych wyjazdowych planach, ktore niestety mnie wykluczaly. Kolejny wyjazd w gory byl tylko kwestia czasu. I stalo sie. Wiza do Stanow na 10 lat zalatwiona, bilet kupiony a hotele oplacone. Nie przypuszczalem ze ten niecaly miesiac w Colorado az tak ja odmieni. Po jej przylocie, wyglodnialy z tesknoty, nie znalazlem tego samego z jej strony. Wszystko znow bylo jakis inne, chlodne i obce. Po 3 dniach w koncu sprowokowalem rozmowe, ktora nieoczekiwanie dla mnie zakonczyla sie zerwaniem. Okazalo sie ze dojrzala do tej decyzji bedac tam, w swojej samotni, snieznym raju. Czy byl tam ktos kto jej w tej decyzji pomogl, nie wiem. Wiem ze nasze rozstanie stalo sie faktem i nic juz tego nie zmieni. Nie ma chwili bym o tym nie myslal, a analiz w mojej glowie nie ma konca. Czy zrobilem wszystko co moglem by ja zatrzymac? Czy czy to mozliwe by kochac kogos jeszcze mocniej? Co zrobilem zle? Nawet nie wiem czy odpowiedzi na te pytania maja teraz jakikolwiek sens.
Nie chce bardziej ujawniac swoich uczuc wobec Sylwii i calej tej sytuacji. Staralem sie przedstawic to w mozliwie obiektywny sposob, by nie dac sie poniesc negatywnym emocjom, ktore obecnie mna wladaja. Nie chce by ktokolwiek odbieral ja jako potwora. Zrobila co uwazala za sluszne, w zgodzie z soba i swoja wedrownicza natura. Czy mozna ja za to winic? Nie moge tez jej winic ze juz mnie nie kocha. Ponoc tylko krowa nie zminia pogladow. A ze przy okazji ja na tym ucierpialem... coz, widocznie mylilem sie w ocenie wymarzonej kobiety i nastepnym razem musze sie lepiej postarac.
PiS
30 maj 2005 - 5 luty 2009
R.I.P.
Ostatnie wspolne zdjecie SnowFreak'a i BassFreak'a

-
Herbatniki Goryla 07.02.2009 :: 00:45
Odkad pamietam, zespol ten zawsze byl moim faworytem jesli chodzi o hardcore'owa nute. Nie za lekko, nie za ciezko, ani wolno, ani zbyt szybko. Tekstowo zawsze trzymali sie hardcore'owej stylistyki, a mimo wszystko nie bylo to odtworcze, a raczej inspirujace na tyle, ze niektore z ich tekstow staly sie niemalze scenowymi hymnami. No i te organki w "Start Today"! W zyciu bym nie przypuszczal, ze kiedykolwiek zobacze ten zespol-legende, weteranow nowojorskiej sceny hardcore, oraz piewcow straight edge i wegetarianizmu w latach 80-tych. Bo jakze moglbym snic o ich koncercie, skoro od 1991 r. przez 15 lat nie istnieli! Do wiesci o ich poworcie w 2006 r. podszedlem sceptycznie, bo z doswiadczenia wiem ze takie poworty sa zwykle nieudane, pozostawiaja niesmak i rozczarowanie. Ale rozliczne recenzje z ich koncertow wskazywaly ze znowu wybijaja sie ponad przecietnosc. Pomyslalem ze cos w tym musi byc, bo ta zaskakujaca zgodnosc opini nie moze byc przypadkiem ani masowa manipulacja. Kiedy dowiedzialem sie ich ich pierwszym koncercie w Polsce jesienia 2007 r., myslalem ze zwarjuje z radosci. Juz oczami wyobrazni widzialem siebie tuz pod scena skandujacego "what do you mean it's time for me to grow up". Widok ten wkrotce sie rozmyl spowodowany wylotem do Australii. Nie bylo latwo mi to przelknac, ale nie mialem wyjscia. Gdy dowiedzialem sie o ich australijskiej trasie, poczulem dokladnie to samo podniecenie co 2 lata wczesniej. I znow ja z wyciagnieta reka z namalowanym iksem. Koncert w Syndey odbyl sie 10 grudnia, czyli 2 dni po moim powrocie z rejsu. Poza oczywistym magnesem jakim byla Sylwia, koncert ten byl jednym z nielicznych powodow dla ktorych chcialem wracac do Sydney.
Na rozgrzewke zagralo ILL BRIGADE, lokalna kapela ktora ostatnimi czasy ma zaszczyt produkowac sie na wiekszosci koncertow tego typu. Slowem old school po linii YOUTH OF TODAY. Po nich weszli BAD BLOOD, rowniez lokalni, ktorzy dla odmiany preferuja bardziej twarde granie w stylu MADBALL. Nowojorczycy kazali na siebie dlugo czekac, ale juz na pierwszy dzwiek kazdy zapomnial ze jeszcze chwile temu sie smiertelnie nudzil. Nie moglo byc inaczej - zaczeli od hymnu "New Direction". Trudno opisac co sie dzialo pod scena. Kazdy znal slowa i nie bylo momentu w ktorym byloby slychac wylacznie wokal Civ'a. Tymbardziej dziwne, bo jak zawsze, rowniez i tym razem przewazala tu mlodziez z pokolenia MTV, dla ktorych scenowa klasyka zaczyna sie od THE OFFSPRING. Ale nie tym razem. Nawet dla nich GORILLA BISCUITS bylo kultowe. Niezbitym dowodem na ich wyjatkowosc jest fakt, ze jedyne dwie plyty jakie nagrali pochodza z lat 80-tych. Od tamtej pory nie nagrali nic, a mimo to kazdy ich koncert jest wydarzeniem i nikt nie marudzi ze wciaz odgrzewaja stare kotlety. Na sam koniec zagrali "Start Today", absolutny hit w ich jakby nie bylo skromnej tworczosci.
Wydarzylo sie rowniez cos o czym warto wspomniec, bo raczej podobne sytuacje nie zdarzaja sie zbyt czesto. Obok mnie na scenie siedziala mloda, absolutnie urocza dziewczyna w koszulce IGNITE. Oczywiste bylo, ze jest w klimacie i ze nie znalazla sie tu przypadkiem. Gdy ja robilem fotki, wrzeszczalem i chronilem glowe przed fruwajacymi nogami, ona siedziala raczej spokojnie. W pewnym momencie gdy uslyszala ktorys z kawalkow, wbiegla z impetem na scene, wydzierajac mikrofon Civ'owi, jednoczesnie spychajac go ze sceny. Tlum zdebial... a po chwili okazal aprobate i wlaczyl sie do spiewania z nieznajoma. Zeszla ze sceny dopiero po skonczeniu kawalka w aurze aplazu. To sie nazywa hardcore!
Civ jest super gosciem. Brzydki jak diabel, ale luz i poczucie humoru, ktore prezentuje na scenie urzekaja. Nie ma w nim ani troche nadecia czy pozerki. Rzeczy ktore wrzucal miedzy kawalkami ze sceny swiadczyly, ze jest tu ze szczerych powodow, z milosci do sceny, oraz lojalnosci wobec kumpli z zespolu i zalogantow tworzacych ow scene. Od czasow kiedy grali przed ich wielkim powortem, Civ sie zmienil. Zaokraglil sie znacznie, a poniewaz jest wlascicielem studia tatuazu, swoje cialo pokryl obrazkami. Dodam, ze dosyc gesto. Tez tak chce!
Kolejna wielka kapela z mojej listy odhaczona. Najwazniejsi zaliczeni. Widzialem juz NOMEANSNO (5 razy!), FUGAZI, MISFITS, EARTH CRISIS, IGNITE, H2O, BATTERY, INTEGRITY... i teraz wreszcie GORILLA BISCUITS! Jednak wciaz brakuje tu jeszcze SNAPCASE, REFUSED, FAITH NO MORE, KILLING JOKE, PRIMUS i BAD BRAINS. Czesc juz przepadla, bo poza trzema ostatnimi, wszyscy sie porozpadali.


-
Rejs Zycia 06.02.2009 :: 12:54
Na przelomie listopada i grudnia tamtego roku odbylem podroz statkiem po wyspach Pacyfiku. Mniej wiecej wiedzialem czego sie spodziewac: biale piaski, turkusowa woda, palmy, slonce i tubylcy w spodniczkach z trawy. Ale nie bylbym soba gdybym z pewnym dystansem i sceptycyzmem nie podszedl do swych wyobrazen. Za pewne kazdy zna smak rozczarowania jakie go spotyka po otworzeniu drzwi hotelowych pensjonatu, do ktorego przyjazd poprzedzony byl urokliwa fotografia z broszury turystycznej. Jednak zamiast widoku na morze, jest widok na sasiedni pensjonat Mewa, z ktorego macha do nas 60-letnia Pani Jadwiga cierpiaca na schorzenie "bingo wings". 50 metrow do plazy okazuje sie byc dystansem o 3 razy dluzszym (jesli pojdziemy na skroty przez las). Plaski 28" telewizor zastapiono 14" maluchem bez pilota i sniegiem na kazdym kanale. Egzotyczna terakota w lazience okazuje sie byc pozostaloscia po bezowej porcelanie z Opoczna. Ze nie wspomne juz o cieknacym kranie, tejemniczych plamach na lozku i czerwonych stemplach na poscieli, z ktorej niemal bije zapach wspomnien kolonii z Grotnik '86. Takie "niedopatrzenia" mozna mnozyc w nieskonczonosc. Zatem czego ja mialem oczekiwac po obietnicy obrazkow o rajskich plazach? Otoz... dokladnie tego samego co na tych obrazkach! Nie sciemniam! Coz za mile zaskoczenie po raz pierwszy w zyciu przelknac slodko-gorzki fakt zlego proroctwa! Juz moja wedrowka na odprawe do portu podsycala ufnosc w realnosc mojej wyobrazni, bo juz z daleka gigantyczny statek o dumnej nazwie Pacific Dawn zdawal sie przekonywac o tym ze nie jest widmem. 13 pokladow, kilka basenow, jacuzzi, sala kinowo-teatralna, kasyno, biblioteka, silownia, restauracje, sklepy, puby itd. Zaloga statku liczyla ponad 700 osob, a pasazerow bylo ponad 2 tysiace. Auc! Jednak statek byl na tyle przestrzenny, ze nie odczuwalo sie tloku. Dla przykladu, pierwszego dnia poznalem sympatyczna pare Polakow z Melbourne, ktorych potem nie spotkalem juz ani razu. Ale nie o statku przeciez chcialem pisac.
Plan rejsu wygladal nastepujaco: 3 dni na oceanie, 4 dni zwiedzania (po 1 dniu na kazda wyspe), 4 dni na powrot do Sydney.
Pierwszy postoj - Nouméa, stolica Nowej Kaledonii. Miasto raczej male i niezbyt czyste, zeby nie uzyc okreslenia obskorne. Wyraznie widac roznice w zasobnosci miedzy tym krajem a Australia. A mimo to ma sie wrazenie, ze ludzie sa pogodni i pozytywnie nastawieni. Turysci bez znajomosci francuskiego moga miec problem, bo malo kto z tubylcow ogarnal podstawy inglisza. Z miasta wzielismy autobus, ktory zawiozl nas na dwie urocze plaze. Co prawda waskie, ale widoki plus kolor i zaskakujaco wysoka temperatura wody urzeka natychmiast.
Kolejny dzien to Ouvéa, mala wysepka Nowej Kaledonii. Niski standart zycia just tu jeszcze bardziej widoczny. Kilka chatek, maly brzydki kosciol i... to by bylo na tyle w temacie urbanistyki. Ale tu tez ludzie jacys wyluzowani. W sumie slusznie, skoro nie musza brac udzialu w wyscigu szczurow, a zamiast tego spokojnie moga spedzac czas na plazy. A plaza tu jest absolutbie niezwykla. Wedlug mnie bezkompromisowo zajmuje numer 1 w rankingu plaz. Idealny pisaek, idealna woda, idealna pogoda. Po tej plazy do tej pory mam pamiatke w postaci mazaja na plecach o ksztalcie litery "S". Nie dlatego ze "S" od Sylwia (choc pozniej sam dorobilem taka teorie), a dlatego ze moja kolezanka kierowana troska o moje zdrowie, postanowila spsikac mnie swoim olejkiem z filtrem. Niestety nie roztarla tego zbyt dobrze, czego efektem pozostala biala litera. Bylo to glownym powodem dla ktorego niechetnie zdejmowalem koszulke do konca rejsu. Dzieki Ci Kara.
Dzien nastepny to juz stolica Vanuatu - Port Vila. Bieda zakula w nasze oczy po raz kolejny, ale nie sposob odniesc wrazenie ze im rowniez to zwisa. Tu ludzie juz mowia po angielsku, ale jest to jakby wypadkowa z ich rodzimym dialektem. Z moim kumplem z pokoju z Tajlandii o imieniu Shanon, wybralismy sie na Cascade Watrefalls - obowiazek kazdego turysty. Owszem, ladnie, ale zeby bylo to warte $25 to nie wydaje mi sie. Ciekawostka sa tez autobusy, ktore wygladaja jak mini vany rozpadajace sie od starosci i korozji. Ze to autobus poznac mozna jedynie po malej nalepce tuz nad tablica rejestracyjna z tylu. A kierowcy wygladaja tak jak zwykli pasazerowie (czyli dosyc dresiarsko) i czardzuja ile im sie podoba. Jezdza tez na luzie, bez wiekszej troski o bezpieczenstwo swoje czy pasazerow.
Ostatni dzien zwiedzania, to jak sie okazala najbardziej dzika i dziewicza wyspa z dotychczas przez nas odwiedzonych, czyli Wala. Dziewicza nie dlatego, ze nie postala tam stopa ludzka. Przeciwnie, zaludnienie bylo tu znacznie wieksze niz na Ouvéa, ale cywilizacyjnie rownie mocno zacofana. Maja jakies radio, ale nie maja telewizji. Jeden z naszych przewdonikow z duma podkreslil ze juz wkrotce beda mieli siec komorkowa i internet. Ponoc wciaz zyja tu ludzie, ktorzy pamietaja kanibalisytyczne obrzadki, a nawet w nie wierza. Coz, co kraj to obyczaj. Tutejsza plaza najmniej mi sie podobala, bo byla posiana jakimis drobnymi i ostrymi kamykami i konarami. I tak w ogole jakos mniej przytulna. Ale czas spedzilem milo, wiec wszelkie braki momentalnie szly w niepamiec.
Powrot na statek zawsze cieszyl. Dla jednych to ucieczka przed sloncem, dla drugich to esencja rozrywki. Codziennie dyskoteka w nocym klubie, codziennie jakies przedstawienie lub film. Zawsze cos do roboty. Chyba tylko socjopata nie znalazlby nic tu dla siebie.
Jesli ktokolwiek ma jeszcze watpliowsci, to potwierdzam. Tak, odbylem rejs zycia. Ale zeby nie odbierac tego z przesadna pompa i zbyt gornolotnie, uznajmy po prostu ze byly to wakacje mojego zycia. Jedyne czego mi brakowalo, to tego ze Sylwia nie mogla dzielic ze mna przyjemnosci odkrywania tych miejsc.
Nouméa, Nowa Kaledonia
Ouvéa, Nowa Kaledonia

Pacific Dawn
