Na koncercie bylo tak jak sie spodziewalem, a nawet pod pewnymi wzgledami lepiej. Przed klubem w kolejce stalem pierwszy, a za mna rozciagal sie sznur ludzi w „jeansowych rajtuzach” i misternie ulozonych grzywkach. Coz, takie czasy. Tak sie przypadkiem zlozylo, ze bilet tez mialem z numerem 001. Chyba podekscytowani fani tak maja. Ale zaraz! Czy ja jestem ich fanem? Otoz po tym koncercie juz tak. Wczesniej traktowalem ten zespol bardziej w kategoriach dziwadla muzycznego, ktore chwalilem za oryginalnosc i poczucie humoru. Teraz doceniam wiecej aspektow, ktore wczesniej nie byly dla mnie takie oczywiste.

Ale zaczne od poczatku. Na rozgrzewke zagraly dwie kapele, prawdopodobnie z Australii, ktorych nazw nie znam, a ktorych pojawienie sie do ostatnich dni owijane bylo tajemnica. Pierwszy zespol wyraznie jaral sie tworczoscia kapel o karkolomnych tempach, takich jak FANTOMAS czy THE DILLINGER ESCAPE PLAN. Tlustawy wokalista stracil chyba z 2 kg podczas wystepu, gdyz caly czas konwulsyjnie telepal sie, przewracal i co gorsza, rzucal swe cielsko z impetem na niczego nie spodziewajaca sie publike. Muzyka dosyc techniczna, raczej na wysokim poziomie, jednak nie bylem zachwycony. Drugi zespol byl niezlym zjawiskiem, glownie za sprawa wokalisty. Juz sama historia jego ubioru zajelaby zapewne conajmniej tyle ile ta recenzja, wiec sie streszcze. Chudzina afiszujacy sie ze swoimi homoseksualnymi manierami (nie wykluczam, ze to tylko poza byla), z zamilowaniem do pstrokatych, przymalych i dziewczecych ubranek. Jego niewielkie gabaryty pozwalaly mu sie wcisnac w spodnie z wizerunkami Myszki Mickey i inne wdzianka z kolorowymi obrazkami. Jakby tego bylo malo, ozdobiony byl mnostwem infantylnych gadzetow. Na tle raczej ponuro wygladajacego zespolu, wygladal jak rajski ptak, ktory zrobi wszystko by skupic na sobie uwage. Nie chce go oceniac, ale z pewnoscia oryginalnosci mu nie mozna bylo odmowic. Poczatek setu mieli bardzo dobry. Przez moment nawet przeszla mi zuchwala i szalona mysl, ze moga przebic „gwiazde”, ale im blizej konca, tym bylo gorzej. Muzycznie nieco lzej, ale tez polamane to wszystko bylo. Za to chyba wiecej kombinowali od poprzednikow i momentami mieli naprawde dobre pomysly. Z czasem jednak okazalo sie ze przekombinowuja i zbytnio wydluzaja swe utwory. A moze po prostu dluzylo mi sie z powodu czekania na wystep HORSE THE BAND. W kazdym razie wymeczyli mnie i cieszylem sie ze ich miejsce wreszcie zajeli Amerykanie. Wlasciwie spodziewalem sie po nich bardziej wyszukanego wizerunku, troche w stylu dresiarzy z lat 80-tych (majac w pamieci ich klip do „New York City”), a wygladali calkiem normalnie (moze poza bujnym wasem wokalisty). Gdy na scene wyszedl klawiszowiec by zainstalowac swoj instrument, tlum nie omieszkal wyrazic entuzjazmu i pluszowe maskotki poszly w gore. I ta reakcja wydala mi sie calkiem uzasadniona, gdyz to wlasnie dzieki temu instrumentowi, kapela zdobyla popularnosc, a zjawisko jakim jest „nintendo-hardcore” stalo sie faktem. Pierwsze dzwieki jakie wydobyly sie z glosnikow to wlasnie ta perfidna synetetycznosc klawiszy, zupelnie jakby jakis dzieciak podlaczyl sie ze swoim Game-Boy’em pod glosnik. Potem wszedl bas, po chwili uderzyla perkusja... i sie zaczelo. Ostro od poczatku do konca. Wokalista duzo rzygal i czasem mialem wrazenie jakbym byl na koncercie INTEGRITY, bo momentami przypominal mi Dwid’a. A ja wiedzialem gdzie sie ustawic. Na wiekszosci koncertow, zawsze szukam miejsca pod scena po tej stronie gdzie stoi paczka basowa. Tym razem, basiste Dashiell’a Arkenstone’a mialem doslownie na wyciagniecie reki, niemal moglem szarpac mu struny (oj, kusilo mnie). Bardzo szybko uswiadomilem sobie, ze ten gosc jest wyjatkowym muzykiem. W zyciu nie widzialem lepszego basisty w kregu kapel hc/punk. Serio. Jego palce jak pajaki chodzily po 5-strunowym gryfie. Z powodu jego gry i lekko metalowego wygladu, momentami przypominal mi basowego wirtuoza, Johna Myung’a z DREAM THEATER. Widac bylo, ze kocha swoj bas, a instrument odwzajemnia jego uczucie, gdyz pozwalal mu wydobywac z siebie dzwieki niezwykle precyzjne o zawrotnej szybkosci. Ale do takiego basisty potrzeba nie lada perkusisty. I w tej kwestii Jon Karel jest najlepszym uzupelnieniem dla Arkenstone’a. Nie znam sie na technikach perkusyjnych, ale jesli ktos gra nieprzecietnie, to latwo to zauwazyc. Od wczoraj, obok mojej ulubionej sekcji rytmicznej, czyli braci Wright z NOMEANSNO, duet Arkenstone + Karel depcze im po pietach. Niedawno czytajac wywiad z nimi, dowiedzialem sie ze to polaczenie klawiszy z hardcorem na poczatku bylo bardziej dla zartu. Nie trzeba bylo dlugo czekac zeby z zartu przerodzilo sie w cos powazniejszego, nie tracac jednak ani na moment nic ze swojego pierwotnego humoru. Zagrali przekrojowo przez wszystkie plyty, ale najwiekszy aplauz wzbudzaly kawalki do klipow, np. "Birdo" czy "A Million Exploadnig Suns". Przerwy miedzy kawalkami byly polem do popisu dla wokalisty, ktory czesto zartowal i wchodzil w interakcje z publika. Co tu duzo mowic, koncert byl wart wiecej niz te marne 32 baksow. Zaluje jedynie, ze zawiodly mi baterie w aparacie i nie bylem w stanie wykrzesac nawet jednego marnego zdjecia. Szkoda tym wieksza, ze stalem przy samej scenie. Ech ta zlosliwosc rzeczy martwych. Takze jedyna pamiatka po tej imprezie jest koszulka HORSE THE BAND z nadrukiem w stylu lat 80-tych.
Name:


Komentarze:

29.03.2008 :: 21:36 :: 217.113.228.78
dag
masz pisane, nie powiem, aż nie mam siły tego czytać, ale pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję, że dobrze na obczyźnie się układa :) pozdrowienia ślę dla Was